| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
Google
Kategorie: Wszystkie | .NEWSY | ARTYKULY | DOWNLOAD | FOTO | GRY | OPINIE | VIDEO
RSS

OPINIE

sobota, 10 lutego 2007
 Naiwni wielbiciele internetowej nieskrępowanej komunikacji zapominają, jak wiele napięć i potencjalnych niebezpieczeństw kryje ona w sobie - twierdzi Slavoj Zizek, sloweński filozof i publicysta. W latach 80. należał do środowiska zajmującego się rewizją i uwspółcześnieniem marksizmu. W swoich poglądach inspiruje się głównie psychoanalizą Jacques'a Lacana. W Polsce opublikowano m.in. jego "Wzniosły obiekt ideologii" (2001) i "Rewolucja u bram"(2006). Wielokrotnie gościł na łamach "Europy" - ostatnio w nrze 3 z 20 stycznia br. zamieściliśmy jego tekst "Spowiedź zatwardziałego leninisty".

Inwazja mediopoli - felieton Igora Zalewskiego

        ŹRÓDŁO: wiadomosci.wp.pl  

Dziennikarzom pojawiła się konkurencja. To Ryszard Czarnecki, który co jakiś czas puszcza na swoim blogu smakowite niusiki, a niekiedy nawet poważne newsy. Niewykluczone, że reporterskie talenty odkryją w sobie kolejni politycy, bowiem już chyba zauważyli, że podzielenie się jakąś informacją ze światem bardzo się opłaca. Eurodeputowany Samoobrony pokazuje, że jest ważny, bo dobrze poinformowany. No i na chwilę wszystko kręci się wokół niego.

Połączenie dziennikarza z politykiem to nowalijka, która nie byłaby możliwa bez Internetu. Kilka lat temu, to co dzisiaj robi Czarnecki inni politycy robili za pomocą zaprzyjaźnionych, czy po prostu dobrze sobie znanych reporterów. Jeśli chciało się puścić w świat wieść o czyjejś dymisji, albo narobić trochę zamieszania przeciekiem o konflikcie, wystarczało dać cynk dziennikarzowi. On miał swojego newsa, polityk jego wdzięczność oraz satysfakcję z wywołanej ruchawki. Czasem zresztą cel takiego przecieku był bardziej wyrafinowany.

A dzisiaj? Skandal! Czarnecki na swoim blogu pisze o możliwej dymisji ministra Sikorskiego, odbierając splendor oraz chleb dziennikarzom. Wszystko łapczywie rezerwuje dla siebie, a media muszą się na niego bez końca powoływać. Czarnecki jest prototypem nowego modelu, łączącego cechy dziennikarza i polityka. Taki „dziennityk”, albo „mediopol” nie zrobi raczej wielkiej kariery ani w mediach (bo jest jednak politykiem), ani w polityce (bo tu czasem dyskrecja się przydaje), ale osiągnie swój podstawowy cel – będzie o nim głośno.

Niezauważenie minęły bowiem te czasy, kiedy pietą achillesową polskich polityków była współpraca z mediami. Kilka, kilkanaście lat temu normą byli prominentni liderzy, dla których rozmowa z dziennikarzami albo wizyta w telewizji były mordęgą porównywalną z sześciogodzinnym, ciężkim porodem. Taki na przykład Tadeusz Mazowiecki cierpiał podczas wywiadu tak, że współczucie dławiło rozmawiających z nim dziennikarzy. I takich polityków było całe mnóstwo. Woleli uprawiać politykę w zaciszu gabinetów, od których pismaków należało trzymać, jak najdalej, bo tylko przeszkadzali, w tym, co naprawdę ważne. Kontakty z mediami były z punktu widzenia takich ludzi, jak Mazowiecki zwykłą strata czasu. Teraz wahadło poszybowało w stronę drugiej skrajności. Kiedyś politycy nienawidzili występów przed kamerą i trzeba było ich wołami ciągać do studia. Dzisiaj, trudno spotkać takiego, który nie ma tak zwanego „parcia na szkło”. Wielu polityków uważa, że istotą i esencją ich zawodu jest występowanie w TVN 24, produkowanie się w radiowych sondach, plotkowanie z prasowymi reporterami w sejmowej restauracji. Można odnieść wrażenie, że typowy polski parlamentarzysta 90 procent swego czasu i energii poświęca na kształtowanie swego wizerunku i budowę popularności. Resztę dzieli między pracę sejmową, wizyty w kawiarni i lekturę tygodników opinii.

Czy o to chodzi w polityce? Chyba jednak nie tylko. Mnogość mediów podsyca ten trend. Programów komentujących wydarzenia, komentujących komentarze do wydarzeń i komentujących komentarze do komentarzy jest bez liku. Potrzeba w nich nieskończenie wielu polityków, którzy lubią pławić się w światłach jupiterów i szczebiotać do mikrofonów. Sejm jest więc zatem bez wątpienia doskonałym miejscem dla niespełnionych gwiazd piosenki czy filmu. Tam na pewno spełnią swoje marzenie i trochę powystępują a w telewizji.
16:40, tkwarcinski , OPINIE
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 stycznia 2007
ŹRÓDŁO: bendyk.blog.polityka.pl
Inicjatywa bardzo cenna, a jej waloru nie umniejszają krytyki sceptyków, wskazujących, że np. w Birmie można pójść do więzienia za samo posiadanie komputera, więc trudno Birmańczykom będzie słać informacje do Wikileaks. Większość dyktatur funkcjonuje przez zapewnienie sobie dwóch monopoli: przemocy i komunikacji. Monopol komunikacyjny powoduje, że między władzą a społeczeństwem wyrasta nieproporcjonalnie duża asymetria informacyjna (bo taka asymetria jest właściwa dla każdego społeczeństwa, w Polsce jej przykładem jest wojna teczkowa, w której władza ma ciągle przewagę, bo wie więcej, co się kryje w IPN i w każdej chwili może wzmocnić skuteczność swojej polityki, wyciągając lub produkując nowe informacje). Każde działanie zmniejszając informacyjną asymetrię jest więc pozytywne, choć do pewnych granic, których ilustracją jest idea “Transparent Society” Davida Brina. Postuluje on, żeby wszyscy, władza i ludzie prowadzili całkowicie jawne życie, publiczne kamery mają być nie tylko na ulicach, ale i w komisariatach oraz domach.
Gdy każdy będzie mógł podejrzeć każdego, znikną problemy nagranych z ukrycia taśm, teczek, pobić na policji, etc. Ustali się swoista równowaga strachu.
Wikileaks jednak nie sięga tak daleko, przypomina tylko to, co oczywiste było choćby w Polsce w czasach komuny: za wszelką cenę należało łamać monopol komunikacyjny władzy. Niezależne informacje zmniejszały asymetrię i ujawniały, że król jest nagi, a drugi monopol - przemocy, coraz bardziej iluzoryczny. Informacja okazała się silniejsza od nagiej przemocy aparatu władzy. Stało się tak jednak dlatego, że z jednej strony niezależna komunikacja pomagała integrować opozycję i nastawioną przeciwko władzy część społeczeństwa, a z drugiej umożliwiała pozyskiwanie politycznego poparcia z zewnątrz, od papieża Jana Pawła II przez Mitterranda, Indirę Gandhi po Ronalda Regana.
Problem w tym, że ten zewnętrzny nacisk nie jest wyzwalany tylko przez samą informację. Ważniejsza jest gra interesów, z której wynika, czy informacja o zbrodniach jakiejś dyktatury warta jest reakcji i zaangażowania. Birma, rządzona przez jedną z bardziej ponurych dyktatur, pokazuje, że w globalnej grze interesów jest zbyt mało ważnym ogniwem, by podejmować w jej sprawie działanie. Wczoraj Rada Bezpieczeństwa nie przyjęła rezolucji w sprawie Birmy. Dlaczego? Bo w Radzie Bezpieczeństwa zasiada Rosja i Chiny, które zawetowały projekt rezolucji. Rosja i Chiny są z kolei krajami, które nie przejmują się specjalnie kwestią praw człowieka.
W krajach Zachodu bywa różnie, warto pamiętać że właśnie obchodziliśmy piątą rocznicę założenia bazy w Guantanamo, niemniej jednak to właśnie kolejne informacje o nieprawidłowościach w Guantanamo spowodowały nacisk opinii publicznej na polityków oraz działanie Sądu Najwyższego USA, który zakwestionował pomysły George’a Busha.
Podsumowując, od społecznego dostępu do informacji i środków komunikacji do działania politycznego prowadzi bardzo długa droga. Bez informacji nie sposób jednak jej pokonać.
11:21, tkwarcinski , OPINIE
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 04 stycznia 2007
    AUTOR: Edwin Bendyk; 2007/01/3
    Źródlo: bendyk.blog.polityka.pl

Polska Młodych

Zastymulowany przez Bogusia W. spieszę zdać relację z dzisiejszej konferencji inaugurującej ciekawą inicjatywę o nazwie “Polska Młodych”. Inicjatywa ciekawa, bo oto młodzi Polacy - jak się ze słuszną dumą przedstawili organizatorzy, postanowili zamiast narzekać, że coś w Polsce nie gra, wziąć sprawy w swoje ręce.
Po pierwsze, niepokoi ich ogólna bierność młodych, którą najlepiej widać podczas wyborów - olbrzymia absencja wynika między innymi z braku zainteresowania polityką młodszego pokolenia. Ale także trudnością w utożsamieniu się z anachronicznym państwem, które nie wie jak się modernizować wykorzystując takie m.in. zdobycze cywilizacji, jak informatyka.
Zdaniem “Polski Młodych” internet mógłby doskonale poprawić stan naszej kulawej ciągle demokracji, wspomagając debatę publiczną. Mógłby także usprawnić polityczny proces, poprzez wprowadzenie instytucji “evotingu”, czyli elektronicznego głosowania za pomocą internetu. Młodzi przygotowali odpowiedni projekt ustawy, która ma być wprowadzona do Sejmu na drodze obywatelskiej inicjatywy ustawodawczej (trzeba wcześniej zebrać 100 tysięcy podpisów).
Pomysł interesujący, ale też niezwykle kontrowersyjny, jak pokazała późniejsza debata zdominowana przez członków Internet Society Poland. Wykazując ogólną życzliwość dla energii “Polski Młodych” isokowcy pokazywali zagrożenia i mielizny elektronicznego głosowania. Najważniejsze wynika z kwestii gwarancji zachowania najistotniejszego atrybutu głosowania - tajności. Jednocześnie trzeba zapewnić jednoznaczną identyfikację głosującego. Doświadczenie krajów, które wprowadziły elektroniczne głosowanie w trybie pełnym, lub tylko częściowym (elektroniczne maszyny w lokalach wyborczych) nieustannie borykają się z problemami, procesami i wątpliwościami związanymi z informatyzacją procedury wyborczej. O jednym z przykładów pisałem we wpisie przedstawiającym problemy, z jakimi borykają się Amerykanie.
Sam też jestem sceptycznie nastawiony akurat do tego elementu elektronicznej demokracji, jakim jest evoting. Wybory są rzadkim i niezmiernie jednocześnie ważnym aktem, który powinien być zmieniany z największym umiarem. Internet doskonale nadaje się natomiast do naprawiania innych aspektów demokracji: ożywiania i wzbogacania debaty publicznej, mobilizacji opinii i w końcu artykulacji interesu społecznego. Można sobie wyobrazić doskonale debatę i zbieranie podpisów pod inicjatywami obywatelskimi za pomocą platformy internetowej (polecam serwis Sejmisja , oferujący taką platformę).
Czy natomiast należy zaczynać od rewolucji w procedurze wyborczej - a może można ją usprawnić w ramach “starej” technologii? W każdym razie na pewno warto o tym dyskutować, pośpiech jest tu najmniej wskazany. A “Polsce Młodych” życzę powodzenia, co najmniej na miarę Pokolenia 386 z Korei Południowej.
11:55, tkwarcinski , OPINIE
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 stycznia 2007
        AUTOR: Piotr Waglowski; 2007-01-02
        ŹRÓDLO: VaGla.pl

Przestrzegam przed inicjatywą Polski Młodych w sprawie wyborów

Hmm... Nie myślę negatywnie. Wręcz przeciwnie. Ale gdy słyszę o inicjatywach zmierzających do wprowadzenia w powszechnych wyborach głosowania przez internet, to muszę protestować. Tym razem z takimi pomysłami występuje "Polska Młodych " z takimi nazwiskami jak prof. Władysław Bartoszewski, Pani Anna Dymna, Pan Ryszard Kapuściński, Pani Janina Ochojska, prof. Andrzej Zoll - w Radzie Patronackiej oraz prof. Wojciech Cellary, prof. Paweł H. Dembiński, prof. Czesław Porębski, prof. Jadwiga Staniszkis, prof. Piotr Sztompka, dr Paweł Kubicki, dr Bogumił Naleziński - w zespole ekspertów.

Nie wiem jak udało się przekonać te nazwiska do idei "głosowania przez internet w wyborach powszechnych". Niebawem będzie o tym głośno, gdyż postanowiono zabiegać o 100 tys podpisów by złożyć projekt ustawy zgodnie z możliwościami przewidywanymi przez Konsytutcję – chodzi o inicjatywę obywatelską... Źródła prowadzą do serwisu, który dopiero jutro ma mieć premierę. Zwołano też konferencję prasową.

Ja jestem przeciwny głosowaniu przez internet (a nawet głosowaniu za pomocą elektronicznych maszyn wyborczych). Przeforsowanie wyborów przez internet to oddanie nieznanym siłom jednej z najważniejszej instytucji demokratycznego państwa prawa. Internet w wyborach powszechnych to czarna skrzynka, dzięki której ktoś może manipulować wynikiem niezależnie od woli wyborców. Wybory winny być tajne, w wyborach „przez internet” nie można zagwarantować jednocześnie tajności wyborów oraz bezpieczeństwa.
13:53, tkwarcinski , OPINIE
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 grudnia 2006
    AUTOR: Wojciech Orliński; 14.12.2006
    ŹRÓDLO: www.gazetawyborcza.pl; na podstawie: "Gazeta Wyborcza"

2006 - rok spełnionego cyfrowego proroctwa

Chyba wiem, jak badacze kultury z przyszłości będą podsumowywali rok 2006. To był rok, w którym zaczęły się spełniać prognozy futurologów wieszczących demokratyzację kultury poprzez rozpowszechnienie technik cyfrowych.

Te prognozy słyszymy od ćwierć wieku (formułował je jeszcze Alvin Toffler w swojej "Trzeciej fali" z 1980 roku) i zdążyliśmy już je parokrotnie wyśmiać. Komercyjny internet z końca XX wieku był zdominowany przez tradycyjne formy rozpowszechniania kultury i informacji. Wszystko wyglądało z grubsza tak samo jak w świecie analogowym - głównym źródłem informacji były cyfrowe witryny tradycyjnych mediów, rozrywki szukaliśmy zaś głównie na komercyjnych portalach działających tak jak komercyjne radio czy telewizja.

Udział samych użytkowników przypominał wtedy podobną rolę, jak listy do redakcji czy telefony od słuchaczy w papierowej gazecie czy tradycyjnym radiu. Rok 2006 przyniósł jednak zasadniczy przełom - nagle to tradycyjne media zaczęły z trudem nadążać za serwisami budowanymi przez samych użytkowników.

Zwiastuny było widać rok wcześniej. Po huraganie "Katrina" rządowi USA udawało się za pomocą tradycyjnych metod manipulowania public relations utrzymywać obraz sprawnej akcji ratunkowej. Jednak zdjęcia robione przez amatorów pokazywały chaos, niekompetencję i dyskryminację (o podłożu jawnie rasistowskim) różnych grup ewakuowanej ludności.

Po raz pierwszy okazało się, że zdjęcia oferowane przez serwisy takie jak flickr (gdzie amatorzy umieszczają zdjęcia robione np. na wakacjach) mogą rywalizować z ofertą komercyjnych agencji. Mimo niskiej jakości technicznej gazety chętnie je drukowały, bo amatorzy byli po prostu w samym sercu zdarzeń.

Sukces tego serwisu i tak jednak jest niczym w porównaniu z sukcesem serwisu Youtube, o którym za sprawą Krzysztofa Kononowicza, ekscentrycznego kandydata na prezydenta Białegostoku, usłyszał w Polsce już chyba każdy. Zaledwie po roku działania ten serwis stał się jedną z najpopularniejszych stron internetowych - tak jak flickr stanowi ogromne archiwum amatorskich fotografii, tak youtube jest pełne filmików przygotowanych przez samych internautów.

Youtube wykreowało wiele internetowych sław. Pisaliśmy już tutaj o Brooke Allison, 20-letniej aktorce, która zyskała światową sławę dzięki wariackim wykonaniom różnych piosenek z playbacku.

Są jednak i poważniejsze zjawiska. Do największych sław Youtube należy na przykład 79-letni emeryt występujący pod pseudonimem "geriatric1927", który po prostu spokojnie opowiada do kamery o swoim życiu - mówi o II wojnie światowej, swojej pasję do motocykli, życiu angielskiego emeryta, a przy okazji o sensie spraw ostatecznych.

Czym Youtube jest dla oka, tym dla ucha są podkasty - słuchowiska rozsyłane w internecie w formacie przyjaznym dla przenośnych odtwarzaczy typu iPod (stąd nazwa). W tradycyjnym radiu, chcąc słuchać konkretnej audycji, musimy sprawdzić w programie czas jej emisji i planować dzień pod tym kątem. Interesujący nas podkast tymczasem po prostu prenumerujemy ruchem myszki komputerowej i odtąd kolejne audycje "automagicznie" pojawiają się na odtwarzaczu.

I znowu: jeszcze w 2005 roku podkasty były tylko ciekawostką dla miłośników nowych technologii, ale w 2006 pełną parą ruszyły podkasty profesjonalne prowadzone przez sławy - jak choćby Bob Dylan, który prowadzi w sieci audycje o piosenkach połączonych zbieżnością tematu tekstu (np. pogoda lub liczby, w ten sposób spotykają się utwory tak różne jak "One Love" Marleya z "Seven Nation Army" White Stripes).

Polskie Radio też zauważyło nową technologię i wiele słuchowisk już jest dostępnych w formacie podkastów - choćby flagowa superprodukcja, nowy tasiemcowy serial "Motel w pół drogi". Tak jak Youtube wykreowało kilka nowych sławnych twarzy, tak podkasty wykreowały nowe sławne głosy - sporą popularnością w Polsce cieszy się na przykład podkast "Glosa" o nowościach książkowych prowadzony przez Pawła Piotrowicza (mieszkańcy Warszawy mogą go znać z anteny akademickiego Radia Kampus).

Demokratyzacja cyberprzestrzeni stała się faktem. Jeśli chcesz zostać sławnym piosenkarzem (didżejem, krytykiem literackim, fotoreporterem), nie musisz już startować w konkursach typu "Idol" ani przechodzić upokarzających castingów. Dobre zdjęcia, dobre filmy, dobre słuchowiska obronią się same.

Rok 2006 pokazał, że to już jest możliwe. Następne lata pokażą, jak wielkie zmiany to wywoła w kulturze masowej.

06:08, tkwarcinski , OPINIE
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 17 grudnia 2006

    AUTOR: Rafal Ziemkiewicz; 30.10.2006
    Źródlo: www.rafalziemkiewicz.salon24.pl

Ogólna teoria blogowania

Jeden z gości wyraził w komentarzu do mojego wpisu opinię, że nie jest to wcale żaden blog, że traktuję „salon24” jako jeszcze jedno miejsce publikowania swych opinii, tak jak „Rzeczpospolitą”, „Newsweek” i inne. Jest to święta prawda i nie widzę w takim podejściu nic złego. Istotnie, „Między Michnikiem a Rydzykiem” uważam za rodzaj swojej prywatnej gazetki, która nad innymi ma pewne przewagi – zwłaszcza tę, że mogę publikować w niej co mi przyjdzie do głowy i kiedy przyjdzie. Nie mam jakoś i nigdy nie miałem śmiałości, aby opowiadać gdziekolwiek publicznie o swoim życiu prywatnym. Przede wszystkim dlatego, że nic specjalnego się w nim nie dzieje. Jadam, mieszkam, uprawiam seks etc. mniej więcej tak samo jak robią to miliony innych ludzi i nie wydaje mi się, żeby było w tym cokolwiek ciekawego dla innych. Jedyne, tak nieskromnie mniemam, co może być we mnie ciekawego, to to, co myślę o sprawach różnych, i tylko tyle mam do podziału.

Bardzo dziękuję wszystkim, którzy zatroskali się stanem zdrowia moich dziewczynek. Ja wiem, że dzieci chorują i inaczej być nie może, moje Bogu dzięki nie chorują zbyt poważnie, choć zdecydowanie za często – w tym też nic ciekawego nie ma, chciałem się tylko usprawiedliwić, bo psychicznie ciężko te nieustające katary, grypy i zapalenia uszu znoszę, wybijają mnie one z równowagi i pewnie się odbijają na jakości tekstów.

*
Natomiast zdecydowaną wadą blogu w porównaniu z gazetą papierową jest możliwość paskudzenia po nim przez mendy internetowe.

Menda internetowa to nazwa wymyślona przeze mnie, ale zjawisko sądzę każdy zna – jest to ten sam typ ludzki, który ozdabia ściany publicznych szaletów napisami w rodzaju „Kaśka jest k...”. Zjawisko zapewne warte zbadania przez socjologa – bardzo możliwe, że prywatnie wiele z MI to mili, z pozoru normalni ludzie, nie bekający przy jedzeniu, nie puszczający głośno wiatrów i umiejący udawać dobrze wychowanych. Dopiero wchodząc do sieci, korzystając z poczucia pełnej anonimowości, MI zrzuca uwierającą ją maskę i wypuszcza z siebie rozsadzające ją jady i łajno.

Jako publicysta polityczny i tak jestem obiektem zainteresowania MI w stopniu stosunkowo niewielkim; z tego, co obserwuję, najaktywniejsze są one tam, gdzie występują gwiazdy filmowe i telewizyjne, a ich ulubionym zajęciem jest dyskutowanie o krzywych nogach i obwisłych cyckach znanej z urody aktorki, nieudanym życiu seksualnym gwiazdora i tak dalej. Menda Internetowa z jakiegoś powodu nienawidzi wszystkich i wszystkiego, a już z prawdziwą furią nie znosi ludzi, którym się w życiu coś udało, i żywi się chorą satysfakcją, jaką daje jej ich opluwanie. Łatwo ją poznać po pewnych specyficznych zagraniach – zwracaniu się do ludzi, którym nie chciałoby się na MI splunąć, nie dość, że po imieniu, to jeszcze w formie zdrobniałej, czepianiu się tuszy, insynuowaniu, że ktoś zdaniem MI za dużo zarabia, a jak zarabia, to znaczy, że się sprzedał... Co będę zresztą wyliczał, każdy przecież te mendy zna.

Problem polega na tym, że zapewne tak, jak w domu wypada zamieść przed zaproszeniem gości, tak jako gospodarz swego blogu powinienem go na bieżąco czyścić z kup pozostawianych przez MI. Ale nie mam na tę pracę czasu. Naprawdę, wolę w tym czasie coś napisać albo przeczytać. Mogę tylko prosić PT gości, którzy pojawiają się tu, by o czymś naprawdę podyskutować, o wyrozumiałość. Sam przez parę lat praktyki zobojętniałem na bluzgi mend w podobny sposób, jak sanitariusz izby wytrzeźwień obojętnieje na obelgi, którymi częstują go polewani wodą menele. Przebiegam nad śladami po nich wzrokiem nie zauważając – mam nadzieję, że i Państwo mają tak samo i niepousuwane mendzenia mend Państwa nie odstraszą.
18:07, tkwarcinski , OPINIE
Link Dodaj komentarz »
    AUTOR: Piotr Waglewski; 05.07.2006
    ŹRÓDLO: www.VaGla.pl

Internet i demokracja lokalna

Właśnie opublikowałem sondę dotyczącą wyborów samorządowych (czy pójdziesz do wyborów?). Niebawem rozpocznie się kolejny wyścig po mandaty. W telewizji już pokazują otwieranie lokali obsługi wyborców, pokazują również jak ci wyborcy irytują się i pałają słusznym gniewem, gdy znany polityk spóźnia się ponad godzinę na spotkanie z nimi...

Sondę opublikowałem pod wpływem chwili, gdy w artykule Życia Warszawy zauważyłem śródtytuł o głosowaniu online, a wobec takiego głosowania jestem nastawiony niezwykle sceptycznie (zobacz np. felieton Trudny wybór elektroniczny oraz materiały zgromadzone w dziale "wybory" niniejszego serwisu). Zacząłem się zastanawiać nad pewną kwestią natury praktycznej. Jak wykorzystać internet do budowania silnych samorządów, nie tylko w okresie wyborczym, ale również by ten internet pozwalał na stałe monitorowanie poczynań wybranych samorządowych urzędników, a jednocześnie pozwalał definiować priorytety wśród bieżących problemów społeczności, by można było wysłuchać każdego...

Nie znając się na polityce obserwuję, że zamieszanie na scenie politycznej skutecznie odstrasza obywateli chodzeniem do wyborów (w mojej ocenie postulaty wprowadzenia wszelkiego rodzaju ułatwień i elektronicznych możliwości nie rozwiążą tego problemu, poza tym, że w takim kształcie, jaki się to proponuje - "wybory przez internet" narażone są na liczne manipulacje). Problemem w moim odczuciu jest ujawnianie osób, które mogłyby sprostać trudnej misji publicznej (również na szczeblu lokalnym), danie szansy porządnym ludziom przebić się do świadomości wyborców, by ci ostatni nie byli skazani jedynie na wybór spomiędzy skompromitowanych wielokrotnie, aktywnych wciąż i zazdrośnie broniących swoich pozycji kandydatów, wykonujących przez ostatnie lata ruchy pozorowane w sferze publicznej, ruchy szybkie, stanowcze, acz nerwowe w sferze prywatnej....

Często głosuje się na chybił-trafił, albo na nazwisko, które gdzieś tam kiedyś utkwiło w pamięci, nawet nie pamiętamy przy jakiej okazji. Nie wiemy, jaki ktoś ma program wyborczy, a co ważniejsze - już zgromadzony dorobek. Ładny program wyborczy z licznymi, adekwatnie do danej sytuacji wybranymi "wyborczymi kiełbaskami" można napisać w kilka godzin.

Sprawdziłem dziś, że nie ma niezależnego forum dyskusyjnego, gdzie mieszkańcy gminy (a raczej dzielnicy), w której mieszkam, mogliby podyskutować sobie o problemach związanych z ich bezpośrednim otoczeniem (to nie zarzut, a taka konstatacja, przecież równie dobrze sam mógłbym takie forum założyć za chwilę). Być może to właśnie warto promować: tworzenie niezależnych, internetowych platform komunikacji mieszkańców, z których mogliby korzystać młodzi ludzie i dyskutować nad takimi problemami jak plan zagospodarowania przestrzennego, aktualne protesty związane z budową obwodnicy czy godziny otwarcie biblioteki publicznej znajdującej się w pobliskim parku (który też trzeba jakoś finansować).

Z okazji poprzednich wyborów pojawiało się zawsze kilka "gazetek", takich powielaczowych albo trochę bardziej zaawansowanych, gdzie komitety wyborcze (wpychając "periodyk" bezpłatnie do każdej z możliwych skrzynek na listy w okręgu wyborczym) starały się wykazać, że coś robią albo zrobią, albo, że ich przeciwnicy to złodzieje i malwersanci. Potem te gazetki przestawały się ukazywać – kto miał wygrać, ten wygrał. Nie było to już takie interesujące kto złodziejem jest, a kto nie. Nie było się już o co bić.

A gdyby tak z okazji kolejnych wyborów powstały fora dyskusyjne (oczywiście wszędzie tam, gdzie to możliwe, bo przecież nie wszędzie w Polsce dostęp do internetu jest wystarczający do tego by prowadzić i brać udział w dyskusji na takich forach). A obok można dyskutować o historii, zbierać archiwalne zdjęcia okolicy (teraz tak szybko wszystko się zmienia, po szlabanie, który stał niedaleko mojego domu w czasie stanu wojennego nie ma już śladu, chociaż jego elementy wystawały z ziemi jeszcze długo po tamtych wydarzeniach, a gdybym miał wówczas aparat fotograficzny i świadomość tego, że można to utrwalić...). Albo lepiej – zamiast platform – można by zachęcać ludzi do zakładania blogów (ilu dyskutantów tyle blogów, a zostawiane pod materiałami komentarze stworzyły by taką swoistą lokalną blogosferę – po co kogoś kusić, jeszcze chciałby zacząć kontrolować takie jedno, centralne, dyskusyjne „miejsce”).

Rozproszona piąta władza lokalna? Peer-production w samorządach terytorialnych? Gminne „express yourself”. Chodzi o to, żeby ludzie uwierzyli, iż mają oni wpływ i w ten sposób faktycznie go zyskali. To taka refleksja związana z lokalną samorządnością i globalnym internetem. Czy interesowaliście się internetowymi zasobami związanymi z waszą okolicą? Może gdzieś już toczy się jakaś dyskusja? Może warto ją podlinkować w swoim blogu? A jeszcze jakby przykonać ludzi z Wikipedii, którzy już zgromadzili dane dotyczące wszystkich gmin w Polsce, by w ramach tych wpisów "promować" linki zewnętrzne do takich lokalnych dyskusji (wiem, że każdy może zostać wikipedystą, ale jest tam pewna polityka redakcyjna, o której myślę). Uzupełnijcie poświęcony waszej gminie wpis w Wikipedii, stwórzcie sylwetki radnych, nie pomijając kontrowersji (ale w ramach poszanowania cywilizowanych zasad prowadzenia dyskursu publicznego).
17:59, tkwarcinski , OPINIE
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 11 grudnia 2006

    AUTOR:  Bartłomiej Kozek; 05.12.2006
    ŹRÓDLO: www.krytykapolityczna.pl

Internet i polityka - relacja

Czy internet zmienia stosunki polityków z wyborcami? Jak wpływa na kształtowanie się opinii publicznej? Czy pozwala wejść w szerszy dyskurs poglądom i postaciom do tej pory marginalizowanym? Pytania te wyznaczyły ramy debaty zorganizowanej 4 grudnia w REDakcji w ramach cyklu technologie@społeczeństwo.pl.

Spotkanie rozpoczął Jarosław Lipszyc, zwracając uwagę na rozmaite sposoby, w jakie internet tworzy nowe obszary demokratycznego uczestnictwa. Jako nowy element „czwartej władzy" sieć odgrywa coraz większą rolę dzięki swej „wielokierunkowości". W przeciwieństwie do „jednokierunkowych" mediów starego typu, rozmyciu ulega tu podział na nadawcę i odbiorcę. Zmienia się kierunek strumienia informacji, tworzonych teraz w czasie rzeczywistym - każdy może komentować na bieżąco wypowiedzi polityków. Często lokalne witryny przejmują funkcje dawnych gazet, co pozwala na rozwój demokracji w małych ośrodkach. Problemem jest wykluczenie sieciowe - obecnie tylko 40% polskich rodzin ma komputer, podczas gdy w Korei Południowej wskaźnik ten wynosi niemal 100%. Atutem jest natomiast możliwość popierania konkretnych politycznych rozwiązań zamiast przyjmowania ich "w pakiecie". Na przykład będąc przeciwnikiem patentów można być jednocześnie za lub też przeciw aborcji.

W inny sposób o związkach polityki i internetu mówił Albert Hupa, który przedstawił kilka empirycznych obserwacji na temat internetowej przestrzeni publicznej. Olbrzymia ilość internetowych nadawców mogłaby powodować informacyjny chaos. Tak się jednak nie dzieje, czego przykładem jest blogosfera, w której słucha się przede wszystkim małej, wpływowej grupy piszących, podczas gdy opinie całej reszty autorów mają ograniczony zasięg oddziaływania. Zdarza się coraz częściej, że dziennikarze lokalni nie wyruszają w teren w poszukiwaniu materiału, lecz siadają przed komputerem i piszą na podstawie artykułów sieciowych. Na koniec przedstawił wyniki własnych badań, w których pokazał, że strony internetowe reprezentują (na podstawie zindeksowanych przez komputer głównych haseł w nich używanych) trzy grupy - prawicowe, lewicowe i Samoobronę. Nierzadko jednak także w sieci tradycyjne kryteria podziału ulegają zatarciu.

Zdaniem Waldemara Pawlaka, który jako jeden z pierwszych polityków w Polsce dostrzegł polityczny potencjał internetu, politycy nie doceniają tego sposobu komunikacji z elektoratem. Zauważył, że w kwestiach związanych z nowymi technologiami mogą powstawać nietypowe koalicje. Na przykład w sporze o dyrektywę patentową w naszym kraju jednym głosem mówili Zieloni, PSL i PiS, a na poziomie ogólnoeuropejskim - Partia Europejskich Socjalistów, podczas gdy rodzime środowiska naukowe nie zajęły stanowiska. Prezes PSL powiedział, że bloga swego pisze osobiście, ale są tacy politycy, których blogi są pisane przez sekretarzy.

Edwin Bendyk podkreślał przede wszystkim problem wykluczenia sieciowego, utrudniającego niwelowanie nierówności społecznych. Szkoła uczy dziś głównie tego, jak włączyć komputer czy przeglądarkę internetową, nie uczy zaś, jak „czytać" internet: odróżniać informację od komentarzy, umieć inaczej odbierać wiadomości z blogów, stron partii politycznych itp. Ważne jest pokonanie bariery kompetencji.

Igor Janke, twórca internetowego wortalu blogerskiego salon24.pl, pokazywał na przykładzie tej istniejącej od niedawna witryny, na czym polega odpowiedź mediów tradycyjnych na nowoczesne. Internet ma znacznie większy zasięg od prasy, konkurować z nim może jedynie telewizja. Sieć nie doprowadzi jego zdaniem do zniknięcia starych mediów, ale spowoduje ich przekształcenie. Widać to w przypadku publicystów - część z nich publikuje w sieci głównie swe „papierowe" teksty, inni zaś traktują ją jako zupełnie inny kanał komunikacji. Na portalu salon24.pl obok oznaczonych na czerwono blogów uznanych publicystów pojawiają się „niebieskie" blogi użytkowników. Janke chce wyławiać spośród nich tych najzdolniejszych, którzy mogliby publikować na równorzędnych zasadach co etatowi dziennikarze. Ale jest przeciwnikiem tego, by na stronie głównej pojawiał się na pierwszym miejscu zawsze najbardziej aktualny wpis, niezależnie od tego, czy jest „czerwony" czy „niebieski".

Dyskusja pokazała, że internet jest już dziś w Polsce ważnym politycznym medium. Stwarza nowe możliwości i obszary działania zarówno dla profesjonalnych polityków i dziennikarzy, jak i zwykłych obywateli. Ale też - jak pokazały głosy Jankego i Hupy - nie jest całkowicie wolny od panujących w sferze publicznej hierarchii. A jeśli skład uczestników debaty odzwierciedla internetowo-polityczną rzeczywistość, to wynikałoby z tego, że internet pozostaje w Polsce - w większym nawet stopniu niż polityka uprawiana poza siecią - „męską" sprawą. Mimo to internet może się okazać ważnym narzędziem tworzenia w Polsce miejsca na lewicową politykę. Dlatego pytania o polityczność sieci należą do tych tematów, których lewica nie może zlekceważyć.

link do podcastu z debaty ogg>>> mp3>>>
10:17, tkwarcinski , OPINIE
Link Dodaj komentarz »

    AUTOR: Edwin Bendyk; 05.12.2006
    ŹRÓDLO: bendyk.blog.polityka.pl

Internet i media

Wczoraj w redakcji “Krytyki Politycznej” kolejny warsztat w cyklu ”Technologie @ społeczeństwo”. Dyskutowaliśmy (w panelu obok mnie Waldemar Pawlak, prezes PSL i bodaj pierwszy świadomy internetu polityk oraz Igor Janke, dziennikarz “Rzeczpospolitej” który właśnie odkrył Sieć, blogując i koordynując serwis Salon24), czy internet zmienia świat polskiej polityki, czy możliwe jest takie jego polityczne wykorzystanie, jak np. w Korei Południowej? Niestety, na razie nie ma co mieć złudzeń. Politycy dostrzegają internet, ale raczej jako dodatek do komunikacji politycznej, w której ciągle dominuje telewizja. Efektem jest “celebrytyzacja” polityki, polegająca na produkcji newsów interesujących dla kamery i kreowanie się polityków na gwiazdy.

Ponadto Sieć, jest zarówno doskonałym narzędziem komunikacji, jak i manipulacji - fora dyskusyjne są umiejętnie sterowane przez partyjnych aktywistów. Dominuje przy tym aktywność zwolenników prawicy. Lewica jest zdumiewająco nieudolna, jeśli chodzi o internet, ale być może to po prostu symptom ogólnego kryzysu lewicy w Polsce.

Ja podkreślałem, jak już w kilku wcześniejszych wpisach, kwestię moim zdaniem kluczową z punktu widzenia demokracji - na ile komunikacja internetowa jest powszechna. A wiemy, że nie jest i mamy do czynienia z cyfrowym wykluczeniem. Dlatego edukacja medialna ucząca świadomego korzystania z Sieci jest równie ważna dla współczesnej demokracji, jak niegdyć walka z analfabetyzmem.

Dyskusja była rejestrowana i ma być udostąpniona na witrynie “Krytyki”.

Na koniec komentarz do wypowiedzi i wpisu Piotra Vagli Waglowskiego, który pośród licznych swoich zajęć jest także blogerem i jako taki otrzymał przespustkę prasową upoważniającą do wstępu do Sejmu. A więc i w Polsce bloger jest dziennikarzem. W swoim wpisie Vagla podnosi jednak wiele wątpliwości, jest bowiem nie tylko blogerem-dziennikarzem, ale także doradcą, ekspertem, członkiem różnych opiniotwórczych ciał, a co za tym idzie, bywa i lobbystą.

Czy taki miks da się pogodzić, bez wchodzenia  w konflikt jeśli już nie z prawem, to przynajmniej z przyzwoitością? To oczywiście zależy głównie od stawiającego pytanie. W przypadku Vagli problemu nie ma, ale może być, gdy tak otwartą furtkę do Sejmu odkryją bardziej wyrachowani gracze (inna sprawa, że musieliby, jak Vagla udowodnić, że prowadzą serwis, co wymaga jednak wysiłku i czasu). Chyba jednak z czasem będzie musiało dojść do wyraźnego samookreślenia i powiedzenia sobie, że pewnych funkcji społecznych lub zawodowych łączyć nie można. Konsultant PR nie powinien być dziennikarzem, dziennikarz nie powinien być lobbystą, itd.
09:10, tkwarcinski , OPINIE
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2