| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Google
Kategorie: Wszystkie | .NEWSY | ARTYKULY | DOWNLOAD | FOTO | GRY | OPINIE | VIDEO
RSS

ARTYKULY

sobota, 10 lutego 2007
Partie coraz poważniej traktują Internet jako jedną z przestrzeni umożliwiających prezentowanie ludzi i programów, nie tylko z okazji kolejnych wyborów parlamentarnych, prezydenckich czy samorządowych. W Polsce coraz więcej osób korzysta z Internetu co dla ugrupowań politycznych oznacza, że coraz więcej wyborców tam właśnie szuka o nich informacji. Obserwacja formy i treści na nich prezentowanych może powiedzieć nam wiele o naszej klasie politycznej oraz stanie rozwoju naszej młodej demokracji.

wtorek, 23 stycznia 2007
AUTORZY: RAFAŁ KOSTRZYŃSKI, PIOTR GILLERT
ŹRÓDLO: "Rzeczpospolita"; 23.01.2007

Politycy zrozumieli, że wirtualny świat to coś więcej niż gra. To sposób na zdobywanie poparcia

Do biura Frontu Narodowego Jean-Marie Le Pena wchodzimy pod fikcyjną postacią smukłego szatyna o imieniu Pedro Apparatchik. Wewnątrz oszklonego pomieszczenia stoi kilka osób - to przedstawiciele przywódcy francuskiej skrajnej prawicy. Jeden z nich, Julius Lacava w koszulce z napisem "Precz z socjalizmem", godzi się na rozmowę. Siadamy na szerokich fotelach pod ogromnymi tablicami reklamującymi Le Pena. Chyba jest nam miło i wygodnie. Chyba - bo wszystko odbywa się w wirtualnej przestrzeni "Second Life" (Drugie Życie).

Trzy miliony mieszkańców

"Second Life" to internetowa gra fabularna w stylu bijącego rekordy popularności "World of Warcraft". Od innych produktów tego typu różni się jednak tym, że zamiast tworzyć klimat fantasy, zakłada maksymalne odwzorowanie realnego świata w przestrzeni wirtualnej.

W ciągu niespełna czterech lat istnienia "Second Life" zaludniły trzy miliony mieszkańców. To tak jakby przed komputerami zasiadła cała populacja Madrytu. Nic więc dziwnego, że dość szybko gra przestała być jedynie rozrywką. Wykorzystują ją nie tylko politycy, ale także artyści, a nawet największe koncerny światowe. Każdy węszy okazję: jedni szukają poparcia, drudzy poklasku, jeszcze inni widzą pieniądze na ulicy -nawet jeśli jest to ulica stworzona przez zdolnego grafika komputerowego. - Nie można negować znaczenia Internetu - przestrzega Ryszard Czarnecki z Samoobrony. - Z uśmiechem patrzę na polityków, którzy lekceważą potęgę sieci - dodaje.

Le Pen i jego wrogowie

-Założyliśmy nasze przedstawicielstwo w cyberświecie, bo tu mamy szansę na znalezienie młodych wyborców i zwiększenie popularności -mówi Julius, w świecie realnym także działacz partii Le Pena. Wirtualna przestrzeń rodzi jednak prawdziwe problemy. Nasz rozmówca skarży się, że przeciwnicy polityczni chcieliby wyrzucić jego partię z budynku, w którym siedzimy. - Zarzucają nam rasizm i antysemityzm, ale to nieprawda. My tylko bronimy tradycji. A gdy Pedro Apparatchik wyraża współczucie i zrozumienie, Julius nagle pyta z nadzieją: - Jesteś z Samoobrony?

Komitet 748

Siedziba francuskich socjalistów Segolene Royal - kandydatki na prezydenta republiki - jest znacznie bardziej okazała. Widać, że nawet wirtualne życie nie jest tak całkiem oderwane od rzeczywistości, bo przewaga w realnych sondażach przekłada się na większą popularność w "Second Life". W biurze socjalistów jest tłoczno, a dyskusja pełna jest wzniosłych haseł. To miejsce nazywa się Komitet 748. - To dlatego, że w całej Francji jest 747 komitetów wyborczych -wyjaśnia nam Igor Romanoff, nieco przysadzisty zbiór pikseli w leninowskiej czapce i z cygarem.

- Ten jest jedynym istniejącym w cyberprzestrzeni.

Ściany Komitetu 748 zdobią plakaty ze zdjęciami Royal i interaktywne tablice z jej programem wyborczym. Dalej jest sala kinowa,gdzie co pewien czas wyświetlane są spoty z udziałem kandydatki na prezydenta Francji.

Politycy, którzy zdecydowali się na przeniesienie części swojej działalności do "Second Life", traktująswoją misję jak najbardziej poważnie. Wiedzą, że rola Internetu rośnie i że możliwości, jakie stwarza to zjawisko, są w dużym stopniu niewykorzystane. Na przykład przed niedawnymi wyborami parlamentarnymi w Holandii w wirtualną podróż po "Second Life" wyruszyła czwórka polityków z czterech największych partii.

Latający kongresmen

Jednym z najbardziej zagorzałych zwolenników wirtualnej polityki jest amerykański kongresmen George Miller - demokrata, który wpadł na pomysł wybudowania w "Second Life" cyberKapitolu. Na początku stycznia tego roku zebrani w sali konferencyjnej gracze mogli obejrzeć nadawaną na żywo relację z zaprzysiężenia Nancy Pelosi na stanowisko przewodniczącej Izby Reprezentantów. Zaraz po tym odbyła się konferencja Millera,na którą wirtualny sobowtór kongresmena przyleciał, korzystając z dostępnej w grze możliwości unoszenia się w powietrzu. -Doznałem olśnienia - mówił potem kongresmen. -To świetny sposób na dotarcie do ludzi, którzy w realnym świecie nigdy nie weszliby do Kapitolu. - To było trochę surrealistyczne -przyznał jeden z uczestników konferencji, blogger Rik Panganiban.

Pół roku przed Millerem w grze pojawił się inny znany polityk Mark Warner, były gubernator stanu Virginia.

Na razie w "Second Life" nie widać polskich polityków. - "Second Life"? - zastanawia się Ryszard Czarnecki. Chyba jestem tradycyjnym internautą, który wierzy, że sieć nie zastąpi rzeczywistości politycznej.

Powiedzieli "Rz" - Marek Borowski, przewodniczący Socjaldemokracji Polskiej, prowadzi własny blog

Polityka już nie obędzie się bez Internetu. Trzeba w nim być, inaczej się przegra. Każda nowinka jest przejmowana przez polityków i - jeśli są sprytni - zapewne prędzej czy później zaroi się od nich także w "Second Life". To odwzorowanie prawdziwego życia, w którym politycy mają przecież swoje miejsce. Jeśli polityk pojawi się w programie w sposób inteligentny, może przekonać do siebie innych uczestników. Ale jeśli w sposób nachalny będzie im coś wciskał, to może mieć to odwrotny skutek. Internauci mogą uznać, że już samą obecnością ingeruje w ich świat. W końcu właśnie dlatego uciekają do wirtualnego świata, bo w nim nie ma polityki. Czy ja bym wszedł do takiego świata? Tylko, gdyby pojawiła się jakaś wspólna inicjatywa, np. dyskusji o eurokonstytucji.


Powiedzieli "Rz" - prof. Jacek Wódz socjolog z Uniwersytetu Śląskiego

Internet to kolejny kanał komunikacji, bez którego w przyszłości nie da się funkcjonować. Jeśli ktoś się nie nauczy korzystać z niego, wypada z gry. Dla rozsądnych polityków to zupełnie nowa płaszczyzna oddziaływania na ludzi, którzy mogą stać się ich wyborcami. Kim są ci odbiorcy? To ludzie młodzi, dynamiczni i aktywni. Le Pen, wchodząc do "Second Life", ma dzięki niemu pewną szansę przeskoczyć popularnością Sarkozy'ego. We Francji Internet jako pierwsza wykorzystała rok temu Segolene Royal, a właściwie jej 23-letni syn, który założył blog jako syn kandydatki na prezydenta. Nie mówił w nim wprost, żeby głosować na mamę, ale przybliżał ją internautom, tworzył jej ludzki wizerunek. To był dobry pomysł. Bardzo dużo osób czytało jego blog. Dzięki Internetowi udało mu się stworzyć coś, co w polityce jest szalenie trudne - wrażenie, że kandydat jest kimś bliskim.


Fakty z "Drugiego Życia"
  • 2,8 mln "mieszkańców", czyli stałych użytkowników, z całego świata.
  • Linden dolary - obowiązująca w "Drugim Życiu" waluta. Użytkownicy płacący realnymi pieniędzmi za płatne konto w grze, otrzymują stałe miesięczne stypendium w linden dolarach.
  • Avatar - wirtualna postać, w którą wciela się użytkownik. Panuje pełna dowolność co do wyglądu i płci.
  • Wirtualny rynek - za linden dolary można tu kupić niemal wszystko, od nieruchomości po towary i usługi (nawet seksualne). Vodafone zapowiada otwarcie sieci telefonii komórkowej.
  • Wielkie korporacje - swoje biura otworzyły m.in. Adidas, Nissan, Reebok i AOL (koncern medialny).
  • Wirtualny korespondent - nawet Reuters ma tu stałego reportera.

Front Narodowy był pierwszą francuską partią, która otworzyła biuro w "Second Life"

swiat_a_5-1.F.jpg
Front Narodowy był pierwszą francuską partią, która otworzyła biuro w "Second Life"
Nasz fikcyjny reporter Pedro Apparatchik (tyłem) w trakcie wywiadu w siedzibie Frontu

"Second Life" (czyli Drugie Życie) to trójwymiarowy świat wirtualny stworzony przez firmę Linden Lab. Dostępny jest dla każdego internauty. Wystarczy wejść na stronęhttp://secondlife.com i ściągnąć darmowe oprogramowanie, a potem określić swój wygląd oraz przybrać fikcyjne imię i nazwisko. Wśród użytkowników programu są między innymipisarz Kurt Vonnegut i znany strateg militarny Thomas Barnett. W sierpniu 2006 r. piosenkarka Suzanne Vega dała w "Second Life" pierwszy w historii wirtualny koncert na żywo.

22:22, tkwarcinski , ARTYKULY
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 stycznia 2007

    AUTOR: Katharine Q. Seelye, "The New York Times"
    ŹRÓDLO: gospodarka.gazeta.pl ; 22.01.2007

Redakcja "The Politico" - amerykańskiego magazynu politycznego wydawanego w wersji internetowej, telewizyjnej i papierowej, który wkrótce zacznie się ukazywać, nie różni się wiele od newsroomów w innych mediach. Magazyn wyróżnia to, że będzie zajmować się tylko polityką wewnętrzną Stanów Zjednoczonych. Poza tym, w przeciwieństwie do typowych gazet, "The Politico" zatrudnia, a nie zwalnia pracowników.

Podczas gdy redakcje gazet w całym kraju redukują zatrudnienie i zmniejszają ilość relacji z Waszyngtonu, "The Politico" szuka młodych reporterów oraz doświadczonych dziennikarzy, takich jak John F. Harris i Jim VandeHei z "The Washington Post", Mike Allen z magazynu "Time" czy Roger Simon z "Bloomberg News". Są to ludzie skłonni porzucić bezpieczne do tej pory posady w redakcjach tradycyjnych mediów drukowanych i dołączyć do grona twórców nowego serwisu informacyjnego.

- Wygląda na to, że dzisiaj pozostanie w mediach drukowanych łączy się z większym ryzykiem, niż spróbowanie czegoś nowego - mówi 30-letni Ben Smith, reporter "The Daily News" w Nowym Jorku, który będzie pisał dla "The Politico" bloga na temat kampanii prezydenckiej w 2008 roku. Jeżeli "The Politico" odniesie sukces, będzie to sygnał, że internet stał się sensowną i do tego kuszącą alternatywą dla dziennikarzy głównych tytułów prasowych. (Większość blogów w sieci można przeglądać za darmo, a rzadko który serwis internetowy płaci reporterom za oryginalne materiały.) Sceptycy twierdzą, że obszar zainteresowań "The Politico" jest zbyt wąski, a rynek mediów w sieci za bardzo zatłoczony przez strony w rodzaju RealClearPolitics.com oraz inne publikacje, takie jak internetowe wydania gazet. Poza tym zwolennicy poszczególnych opcji politycznych najchętniej odwiedzają strony o profilu zgodnym z ich poglądami, a "The Politico" nie ma zamiaru popierać żadnej opcji.

Koszty przedsięwzięcia

Redakcja serwisu, finansowanego przez firmę Allbritton Communications, mieści się w przeszklonym wieżowcu na przedmieściach Waszyngtonu, tym samym, w którym kiedyś swoją siedzibę miał holding medialny Gannett. Jego kierownictwo ułatwia przekwalifikowanie się byłym dziennikarzom prasowym osładzając im trudy metamorfozy pensjami, o których dokładnej wysokości nikt nie chce mówić.

Wydawca "The Politico", trzydziestosiedmioletni Robert L. Allbritton, spadkobierca rodziny, w której posiadaniu znajdował się nie istniejący już magazyn "Washington Star", zapewnił w jednym z wywiadów, że będzie finansował przedsięwzięcie "w ciągu dającej się przewidzieć przyszłości". Postanowił również pokryć wysokie koszty podróży związane z obsługą kampanii wyborczej. Co więcej, zatrudnił 50 osób, z których połowa to dziennikarze.

- Gazety muszą być o wszystkim i dla wszystkich - mówi Allbritton. - W sieci nie istnieje strona, która spełniałaby ten warunek. Internet jest podzielony na wiele małych, wyspecjalizowanych komórek odpowiadających konkretnym zainteresowaniom użytkowników i przyciągających pasjonatów danej tematyki.

Allbritton zapewnia, że nie kieruje się żadnymi celami politycznymi, a jego zaangażowanie w całe przedsięwzięcie jest podyktowane chęcią osiągnięcia zysku finansowego. Mówi, że będzie wspaniale, jeżeli na przykład Google, albo inna wielkia firma zechce w końcu kupić "The Politico", ale dodaje, że nie jest to częścią jego biznes planu. (Sam w zeszłym roku zastanawiał się nad kupnem "The Hill", magazynu Kongresu amerykańskiego, ale zrezygnował, gdyż cena wywoławcza wynosiła 40 mln dolarów.)

Robert L. Allbritton stał się znany, gdy przejął po swoim ojcu, Joe L. Allbrittonie, obowiązki prezesa banku Riggs. Bank ten został sprzedany w 2004 roku po tym, jak śledztwo prowadzone przez Senat wykazało, że zmarły niedawno były chilijski dyktator, generał Augusto Pinochet, trzymał w nim miliony dolarów na tajnych kontach. Od 2001 roku Robert Allbritton jest prezesem i przewodniczącym rady nadzorczej przedsiębiorstwa Allbritton Communications posiadającego stacje telewizyjne w Waszyngtonie i na sześciu innych rynkach.

Allbritton przewiduje, że "The Politico" zacznie przynosić zyski przed upływem pięciu lat, a ich głównym źródłem ma być reklama we wszystkich możliwych wcieleniach - w internecie, we własnym programie telewizyjnym oraz w wersji drukowanej o limitowanym nakładzie 30 tys. egzemplarzy, która ma się ukazywać przez trzy dni w tygodniu w czasie obrad Kongresu, oraz raz w tygodniu podczas przerwy w obradach. Magazyn będzie darmowy zarówno w wersji internetowej, jak i drukowanej.

"The Politico" ma nadzieję przyciągnąć reklamodawców, którzy już prowadzą swoje kampanie na terenie Waszyngtonu. Są to głównie grupy nacisku politycznego próbujące wpływać na decyzje Kongresu, ale również lokalni przedsiębiorcy.

Obecność w różnych mediach

Jednym z kilku scenariuszy, których "The Politico" będzie próbowało uniknąć jest to, co przydarzyło się firmie Inside.com. Ten ukierunkowany na tematykę związaną z rynkiem mediów serwis internetowy chciał rozszerzyć działalność na media drukowane i obsługę konferencji. Powstał w 2000 roku przy wsparciu kapitału spekulacyjnego i także przyciągnął znanych dziennikarzy perspektywą bogactwa i sławy możliwych do zdobycia dzięki internetowi. Niestety - w niecałe dwa lata później, po masowych bankructwach tzw. "dot-comów" serwis przestał istnieć.

- Wyprzedziliśmy nasze czasy - opowiada Kurt Andersen, jeden z założycieli Inside.com, a dziś redaktor współpracujący z magazynem "New York". Jego zdaniem przewaga "The Politico" polega na tym, że obecnie popularność i sprzedaż reklamy w sieci jest znacznie większa niż w czasach Inside.com.

- Można jednak zastanawiać się, ilu czytelników uda się przyciągnąć, zakładając tak wąską, skoncentrowaną na Waszyngtonie tematykę polityczną, nieważne jak doskonale przedstawioną - dodaje Andersen. - Można być najlepszym, ale jeżeli nie ma się ogromnej publiczności, reklamodawcy nie będą zainteresowani.

Czterdziestotrzyletni John F. Harris, który porzucił stanowisko redaktora politycznego "The Washington Post", aby zostać redaktorem naczelnym "The Politico" mówi, że strona będzie wyróżniała się żywym językiem, gorącymi wiadomościami, materiałami wideo i nagraniami zza kulis podróży odbywanych przez kandydatów na prezydenta USA w ramach kampanii wyborczej. Redakcja magazynu nie chce odbierać czytelników innym publikacjom w sieci, pragnie tylko, żeby "The Politico" było stałym przystankiem dla osób surfujących po multimedialnej krainie internetu.

Surfując, internauci co chwila będą trafiali na reporterów "The Politico". Redakcja ma zamiar uruchomić cykliczny półgodzinny program telewizyjny w całodobowym kablowym serwisie informacyjnym Allbrittona, Channel 8, docierającym do 1,1 mln widzów w okolicy. Reporterzy "The Politico" pojawią się również na antenie stacji CBS News. Dodatkowo, redakcja planuje codziennie późnym popołudniem nadawać pięciominutowe wiadomości w waszyngtońskiej rozgłośni radiowej WTOP, będącej stacją o charakterze czysto informacyjnym.

W przeciwieństwie do tytułów prasowych starej daty, "The Politico" zachęca swoich reporterów, aby promowali swoje prace również w innych mediach. Czterdziestodwuletni Mike Allen, który dotąd pisał reportaże z Białego Domu dla magazynu "Time", dalej będzie publikował artykuły w drukowanej wersji pisma. Pięćdziesięcioośmioletni Roger Simon, główny publicysta polityczny "The Politico", zawarł z innymi redakcjami umowy, na mocy których jego artykuły zamieszczane na stronie macierzystej będą drukowane w gazetach na terenie całego kraju.

- Dziennikarze osiągający dziś największe sukcesy kierują się w pracy etyką dopuszczającą autopromocję, która może być trudna do zaakceptowania dla tych myślących bardziej tradycyjnie - tłumaczy Harris. - Podziwiam ludzi mówiących: "Nie będę pokazywał się w telewizji, moja praca mówi sama za siebie", ale uważam, że nie jest to postępowanie racjonalne dla kogoś, kto chce mieć jakikolwiek wpływ na bieg wydarzeń.

Znane nazwiska jako wabik

Trzydziestopięcioletni Jim VandeHei, który zrezygnował z pracy w charakterze krajowego reportera działu politycznego dziennika "The Washington Post", aby zostać redaktorem prowadzącym "The Politico", początkowo miał pewne obawy, że niektóre źródła informacji, do których dostęp dziennikarze wypracowali sobie przez lata w poprzednich redakcjach mogą przestać być dla nich osiągalne w "The Politico".

I rzeczywiście, łatwiej było dostać się do kogoś mówiąc, że pracuje się dla "The Washington Post" - przyznaje - ale liczbę historii, które dotarły do mnie tą drogą, mógłbym policzyć na palcach jednej ręki. W "The Politico" nazwiska reporterów będą ważniejsze od nazwy firmy.

Takie inwestowanie w ludzi i przykładanie mniejszej wagi do tytułu magazynu to dla dziennikarzy prasowych nowe zjawisko, które zaczęło nasilać się wraz z błyskawicznym rozwojem internetu oferującego nowe rozwiązania, oraz zawirowaniami na rynku prasy tradycyjnej.

Podczas gdy, na przykład, "The Washington Post" inwestował w swoją stronę internetową, sprzedaż reklam w wersji drukowanej spadła o 11 proc. w trzecim kwartale 2006 roku w porównaniu z rokiem poprzednim, a nakład zmniejszył się o więcej niż 3 proc. W 2006 roku 170 osób, w tym 70 pracujących w newsroomie wzięło odprawy i odeszło z gazety.

Allbritton narobił dużo zamieszania - mówi Tom Rosenstiel, dyrektor organizacji o nazwie Project for Excellence in Journalism [Projekt na rzecz doskonałości w dziennikarstwie], będącej filią grupy Pew Research Center zajmującej się badaniem opinii publicznej i rynku mediów w USA. - W czasach gdy rośnie frustracja wśród dziennikarzy, czujących, że wraz z kurczeniem się redakcji informacyjnych kurczą się ich horyzonty zawodowe, dał znak, że nadchodzi nowy model ekonomiczny wyspecjalizowanej strony internetowej, która pozwala osobom ją redagującym na to, by były przedsiębiorcze.

Michael Kinsley, redaktor i założyciel serwisu Slate.com, uważa za dobry znak to, że najsłynniejsi dziennikarze podejmują współpracę z "The Politico". Jak mówi, w 1996 roku, gdy Slate.com rozpoczynał działalność, nie było szans, żeby ściągnąć kogoś ze "śmietanki".

Zastanawia się jednak, czy "The Politico" znajdzie dla siebie niszę w świecie przepełnionym informacjami politycznymi. - Myślę sobie: "Boże, nie nadążam już za tym wszystkim" - mówi. - Chociaż, z drugiej strony, byłem przekonany, że w okolicy Dupont Circle w Waszyngtonie nie ma już miejsca na kolejną kawiarnię Starbucks, a jednak ciągle powstają tam nowe lokale.

(C) 2007 The New York Times

18:04, tkwarcinski , ARTYKULY
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 16 stycznia 2007
    AUTOR: Katarzyna Zuchowicz
    ŹRÓDŁO: "Rzeczpospolita" - 16.01.2007

Darmowy Internet w każdej wsi, elektroniczne wybory, możliwość płacenia za wszystko esemesem - tak żyją Estończycy.

Każdy absolwent szkoły średniej powinien otrzymać laptopa. To jeden z elementów programu wyborczego partii Ojczyzna kierowanej przez byłego premiera, autora estońskiego cudu gospodarczego i pomysłodawcy rewolucji informatycznej Marta Laara. To dzięki niemu od 2000 roku Estonia ma zapis w konstytucji dający każdemu obywatelowi prawo dostępu do Internetu.

O jednym z najmniejszych w Europie krajów mówi się dziś druga Dolina Krzemowa. - Jesteśmy na tym samym poziomie gospodarczym co Polska, ale pod względem rozwoju technologii informatycznych na poziomie Niemiec, które są od nas znacznie bogatsze - mówi Ivar Tallo, szef Akademii Zarządzania Elektronicznego założonej przez władze i organizacje pozarządowe w celu wdrażania nowinek technologicznych w życie. Tallo przyznaje, że Estonia to dziś jeden z najnowocześniejszych krajów świata. Taki cel - by znaleźć się w czołówce - postawiła sobie już w połowie lat 90. Kraje EuropyŚrodkowo-Wschodniej dawno pozostały w tyle. Tallo pamięta, jak w 2000 roku w jednej z polskich gazet pojawił się duży artykuł pod tytułem "Budujemy drugą Estonię". Obok był rysunek: dzieci bawią się balonami. Na jednym z napisem "Estonia" jest narysowany komputer. Na drugim z napisem "Polska" - krowa. Tallo wspomina ten rysunek z rozbawieniem. - Od połowy lat 90. przeznaczamy w budżecie około 1 procentu na rozwój technologii informatycznych. Efekt jest widoczny - dodaje.

Szkolne oceny w Internecie

W Estonii Internet jest praktycznie wszędzie. W pubach, na stacjach benzynowych, w parku. Niemal zawsze za darmo. Podobnie jak połączenia wi-fi w hotelach, za które w Niemczech trzeba płacić 20 euro. W całym kraju powstało 729 punktów z komputerami umożliwiającymi darmowy dostęp do Internetu. Taki punkt ma każda estońska miejscowość.

Kaija Linuudi mieszka niemal na końcu świata. Jej wioska Korvemaa to kilka domów rozsianych w lesie i ośrodek narciarski. Kaija nie wyobraża sobie życia bez Internetu. - Mamy bezprzewodowe łącze. Wszystko załatwiam online - mówi. Jak każdy mieszkaniec Estonii ma elektroniczny dowód tożsamości. Dzięki niemu może logować się do rządowych baz danych. Może wysłać oświadczenie podatkowe (w zeszłym roku uczyniło tak 82 proc. Estończyków), złożyć podanie o zasiłek na dzieci, zapłacić składkę ubezpieczeniową, a nawet zagłosować w wyborach. W 2005 roku Estończycy jako pierwsi na świecie przeprowadzili lokalne wybory online. W marcu tego roku czeka ich poważniejszy test - wybory parlamentarne. Już w 1999 roku -jako jeden z pierwszych krajów na świecie - Estonia podłączyła wszystkie szkoły do Internetu. Dzięki temu rodzice na bieżąco sprawdzają oceny swych pociech i komunikują się z nauczycielami.

Ministrowie bez dokumentów

Narzędziem codziennego użytku stał się też telefon komórkowy. Za jego pomocą można dziś zapłacić za parking, obiad w restauracji czy zakupy w sklepie. Można nawet kupić bilet w autobusie. Wystarczy zadzwonić pod konkretny numer lub wysłać SMS. Wiadomość zwrotna stanowi potwierdzenie opłaty. W Tartu, drugim co do wielkości mieście Estonii, mieszkańcy mogą korzystać z tzw. M-biblioteki. Wysyłając SMS do miejscowej biblioteki, mogą w ciągu paru minut dowiedzieć się, czy dana książka jest dostępna czy nie.

Naród otwarty na nowe

- To dla nas jest już normalne, przestaliśmy się nad tym zastanawiać - mówi "Rz" dyrektor biura informacyjnego estońskiego rządu Inga Jagomae. Tak jak normalne jest to, że estońscy ministrowie nie noszą ze sobą żadnych papierów. Odpięciu lat wszystkie dokumenty estońskiego rządu znajdują się w internetowej bazie danych, a kraj szczyci się tym, że jako jeden z pierwszych w świecie postawił na rozwój elektronicznego zarządzania. Korzyści są ogromne. -Ministrowie nie muszą być fizycznie na posiedzeniu rządu. Wystarczy, że mają dostęp do Internetu. Znajdą tu dokładną agendę spotkania - mówi Jagomae. Rządowe łącza są oczywiście odpowiednio zabezpieczone, ale internauci mają możliwość przeglądania i komentowania projektów ustaw. Czy ministrowie łatwo się nauczyli nowych technologii? - Jesteśmy narodem otwartym na nowe rzeczy. Nasi deputowani porozumiewają się np. za pomocą Skype'a - przyznaje Jagomae. Na stronie internetowej estońskiego rządu przy haśle "kontakt" rzeczywiście można znaleźć takie kategorie danych: "telefon", "telefon komórkowy", "Skype". -Nawet dziennikarze do nas skype'ują - śmieje się Jagomae.

Bo Estonia to również ojczyzna Skype'a - komunikatora internetowego, który w ciągu trzech lat istnienia stał się najczęściej używanym przez internautów na świecie darmowym telefonem. Jego najnowszą wersję otrzymał podczas listopadowej wizyty w Tallinie amerykański prezydent George W. Bush. Skype - jak mówią eksperci - to taka estońska Nokia. Symbol wielkiego sukcesu.

 INTERNET SZEROKOPASMOWY
DOSTEP W EUROPIE
BELGIA  81 proc.
ESTONIA 77 proc.
 ISLANDIA 75 proc.
 LITWA 73 proc.
 HOLANDIA 69 proc.
 DANIA 68 proc.
 NORWEGIA 65 proc.
 FINLANDIA 67 proc.
 HISZPANIA 58 proc.
 WLK BRYTANIA 52 proc.
 POLSKA 51 proc.
 CZECHY 27 proc.
 CYPR 14 proc.
 GRECJA 3 proc.
18:42, tkwarcinski , ARTYKULY
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 grudnia 2006
        AUTOR: Juliusz Ćwieluch
        ŹRÓDLO: "Przekrój", nr 50/2006

Rospuda last minute

Kompromisu w sprawie budowy obwodnicy Augustowa przez Dolinę Rospudy nie będzie. Drogowcy właśnie złożyli wniosek o pozwolenie na budowę. A Komisja Europejska grozi polskiemu rządowi sądem.

Żarty się skończyły. Wszystko wskazuje, że na zaplanowanym na 12 grudnia posiedzeniu Komisji Europejskiej Polska dostanie kolejną żółtą kartkę za braki w ochronie środowiska. Bój toczy się o drogę Via Baltica, która w kilku miejscach ma przeciąć chronione unijnym prawem tereny Natura 2000, między innymi Dolinę Rospudy. – Jeśli Stavrosowi Dimasowi uda się przekonać pozostałych komisarzy, do naszego rządu dotrze informacja o złamaniu przez Polskę prawa – tłumaczy Małgorzata Znaniecka z Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków.  – Większość państw nie jest na tyle szalona, żeby brnąć w konflikt z Unią – dodaje Marta Wiśniewska z organizacji  WWF. – Gdybyśmy jednak zdecydowali się na konfrontację, sprawa trafi do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości i może skończyć się karami liczonymi w milionach euro.
38 dni po po tym, jak Adam Wajrak, dziennikarz „Gazety Wyborczej” i lider akcji ochrony bagien nad Rospudą, złożył w Kancelarii Prezydenta 150 tysięcy podpisów za pozostawieniem w spokoju Doliny Rospudy, na internetowej stronie kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego pojawił się komunikat: „Podjęcie decyzji o budowie obwodnicy Augustowa i trasie jej przebiegu leży w gestii organów rządowych i samorządowych i jako Prezydent to szanuję. Jednakże, jeśli popełniono kiedyś jakiś błąd w tej budzącej tyle emocji sprawie, jeśli pominięto któryś z istotnych elementów, to lepiej zastanowić się jeszcze raz”.
Adam Wajrak nie kryje zadowolenia. – Prezydent zachował się jak głowa państwa. Tak jak i my prezydent dostrzega, jak bardzo potrzebne są drogi, ale przede wszystkim nienaruszone środowisko. Mam nadzieję, że apel o ponowne przeanalizowanie decyzji zostanie wysłuchany – dodaje Wajrak.
Urzędnicy z Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad zapowiadają jednak, że od budowy obwodnicy Augustowa przecinającej Dolinę Rospudy nie odstąpią. Właśnie złożyli do wojewody podlaskiego wniosek o pozwolenie na budowę i na prowadzenie inwestycji także na terenach, których jeszcze nie udało się im wykupić. – Jedna działka jest właśnie wywłaszczana, ale prawo jest po naszej stronie – mówi Jerzy Doroszkiewicz, zastępca dyrektora do spraw technicznych w Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad w Białymstoku.
Toczy się również procedura wyłaniania wykonawcy obwodnicy. Zgłosiło się pięć firm. Do drugiego etapu przeszły cztery: polsko-austriackie Konsorcjum Strabag, francuskie Konsorcjum DTP, Budimex Dromex SA, Konsorcjum Warszawskiego Przedsiębiorstwa Robót Drogowych, „Mostów-Łódź” i Płockiego Przedsiębiorstwa Robót Mostowych. 21 grudnia ma zostać wyłoniony generalny wykonawca inwestycji. – Ponieważ w ostatnim etapie zadecyduje cena, myślę, że przegrani nie będą się odwoływać i szybko załatwimy formalności – dodaje Jerzy Doroszkiewicz.
– Na Zachodzie każda firma zastanowiłaby się dwa razy, nim zdecydowałaby się na pracę przy tak kontrowersyjnym projekcje. Odbiłoby się to nie tylko na jej reputacji, ale również na ilości zamówień. Niestety, u nas liczą się tylko pieniądze – ubolewa Adam Wajrak.
Drogowcom bardzo się śpieszy, bo niezbędną wycinkę 27 tysięcy drzew muszą przeprowadzić do końca lutego. Później zaczyna się okres lęgowy ptaków i trzeba czekać aż do jesieni. – Jestem przekonany, że zdążymy. Prace powinny zacząć się w połowie stycznia – mówi dyrektor Doroszkiewicz.
Ostatnią deską ratunku dla Rospudy byłoby zanegowanie przez Jana Szyszkę decyzji środowiskowej, ale nikt specjalnie na to nie liczy. Rzecznik resortu informuje, że prace przy jej wydawaniu idą normalnym trybem. – Minister Szyszko uwielbia zajmować się science fiction w stylu klonowanie dawno wymarłego tura. Wydaje mu się, że jest geniuszem ochrony środowiska, ale oceniając go po decyzjach i wystąpieniach, nie da się ukryć, że robi z Polski pośmiewisko na oczach całej Europy. Mimo wszystko ciągle wierzę, że w końcu zrozumie, na czym polega rola ministra środowiska – dodaje Wajrak.
W obliczu zagłady nad Rospudę jeżdżą ci, którzy może po raz ostatni chcą zobaczyć ten cud natury. – Podróże to moja pasja. Byłem w wielu miejscach na świecie, ale Rospuda należy do ścisłej czołówki najpiękniejszych, jakie widziałem – mówi Rafał Wojciechowski, inżynier górnictwa i przedstawiciel handlowy w jednym. Razem z żoną nad Rospudę wybrali się 22 października. – Pogoda była kiepska, ale mimo to widzieliśmy dwie pary, które płynęły kajakami. Ludzie łapią ostatnią szansę.  
06:28, tkwarcinski , ARTYKULY
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 grudnia 2006

AUTOR: Tomasz Grynkiewicz, Zbigniew Domaszewicz; 18.12.2006
ZRODLO: www.gospodarka.gazeta.pl

Społeczności internetowe: Demokracja w informacji

Magazyn  "Time" docenił szybko rozwijające się internetowe społeczności, przyznając im prestiżowy tytuł Człowieka Roku . Potencjał serwisów działających pod szyldem ♦Web 2.0- jak  Digg czy Facebook Facebook - wykorzystuje amerykańska prasa, a na serwisie YouTube.com YouTube tamtejsze władze walczą z narkotykami

Dwadzieścia milionów internautów odwiedza w miesiącu stronę Digg.com Digg.com , serwis składający się z linków do materiałów rozsianych po całym internecie.

Zasada jest prosta. Każdy internauta po zalogowaniu może zamieścić w serwisie odnośnik do dowolnej strony internetowej - np. do interesujących jego zdaniem artykułów lub wpisów na blogu. Inni - jeśli także uznają tekst za ciekawy - mogą nań zagłosować na "tak" (wówczas link pnie się na liście w górę) lub na "nie". W ten sposób internauci na Digg.com Digg sami decydują, co danego dnia jest warte przeczytania.

Po dwóch latach istnienia serwisu jego popularność dostrzegły amerykańskie gazety - ich czytelnicy coraz częściej zamiast papierowego wydania wybierają internet.
Digg-com
  • Licząc na efekt Digg
Od tygodnia przy większości artykułów w elektronicznym wydaniu dziennika "The New York Times" widnieje dodatkowy guzik: "Share" (podziel się). Czytelnik, który uważa, że warto, aby inni zapoznali się z jakimś artykułem "NY Times", jednym kliknięciem może umieścić link do niego na Digg.com Digg, Facebook czy Newsvine .

- Chcieliśmy dotrzeć do czytelników, którzy obeznani są z narzędziami, jakie istnieją w internecie, i są przyzwyczajeni do komentowania i dzielenia się informacjami - mówi Christine Topalian, jeden z menedżerów odpowiedzialnych za strategię w portalu NYTimes.com. NYtimes-share

Ale to tylko jeden z powodów: sprzedaż tytułów prasowych w USA leci w dół. W przypadku spółki The New York Times Co. dotyczy to zarówno flagowego "New York Times" , jak i "Boston Globe" czy "International Herald Tribune" . Prognozy Stowarzyszenia Amerykańskich Gazet (Newspaper Association of America) pokazują jedno: w przyszłym roku wyższe przychody wydawców będą możliwe tylko dzięki przychodom z internetu.

- Wokół tekstu zajawionego naDigg.com Digg.com lub Reddit.com robi się hałas i ludzie wchodzą na strony, by go przeczytać, nabijając w taki sposób licznik odwiedzin - mówi Krzysztof Urbanowicz , prezes firmy konsultingowej Mediapolis i autor bloga o mediach . To zjawisko zostało nazwane nawet efektem Digg - niekiedy po zamieszczeniu w tym serwisie linka do danej witryny liczba odwiedzin na niej wzrasta tak bardzo, że serwery nie dają rady obsłużyć ruchu. - Przy okazji internauci mogą trafić na tej witrynie na inne ciekawe teksty lub inne narzędzia, co sprawia, że wydłuża się ich czas przebywania na stronie - dodaje Urbanowicz. A o to gazetom chodzi, bo tego rodzaju statystyki są bardzo ważnym argumentem w negocjacjach z reklamodawcami.

"NY Times " nie jest jedyny. Podobnie działa "BusinessWeek" (można bezpośrednio dodawać linki do Digg.com Digg i Del.icio.us), czy "Washington Post" .

Z kolei dziennik "The Wall Street Journal" w swoim elektronicznym wydaniu umieszcza pod każdym tekstem ranking artykułów, które najczęściej są cytowane przez blogerów. Udostępnia też na swojej stronie wyszukiwarkę blogów Technorati (wpisując w okienko np. Dell czy McDonald's, możemy dowiedzieć się, co blogerzy piszą o tych firmach lub ich produktach).

- Dla części blogerów linkowanie do
Digg.com Digg , Reddit , Facebook czy Newsvine jest dla tak samo naturalne jak komentarze i dyskusja pod wpisami na blogu - mówi Urbanowicz. Jego zdaniem gazety, które dają amatorom możliwość współtworzenia treści (np. zdjęcia i wideo z telefonów komórkowych w czasie zamachów w londyńskim metrze), są postrzegane przez internautów jako bardziej otwarte na czytelników. - To sposób na przyciągnięcie młodszych czytelników i "odkurzenie" własnej marki - uważa szef Mediapolis .

Jego zdaniem tradycyjna prasa, głównie amerykańska i hiszpańska, zaczyna dopiero odkrywać, że siła przyciągania internetu bierze się w dużej mierze z możliwości konwersacji, jaką w sieci mają nawet najmniej doświadczeni użytkownicy.
  • PR, promocja i narkotyki
Popularność społecznościowych serwisów spod znaku Web 2.0 dostrzegła też amerykańska administracja - we wrześniu tamtejszy federalny urząd antynarkotykowy ONDCP zamieścił na YouTube antynarkotykowe spoty wideo, opatrując je m.in. takimi hasłami jak "marijuana" "smoking" czy "drugs". Klipy ONDCP notują do dziś średnio po kilkanaście tysięcy wyświetleń. Jak na YouTube nie jest to może szczególnie imponujący rezultat, autorzy kampanii uważają jednak, że dzięki obecności na serwisie ich przekaz ma duże szanse trafienia do nastolatków - a to właśnie na tej grupie adresatów zależy im najbardziej.

Do serwisów Web 2.0 linkują też firmy w celach public relations. Robi tak np. Sophos , firma produkująca software zabezpieczający komputer przed wirusami i innym złośliwym oprogramowaniem. Opcje pozwalające czytelnikowi na wklejenie jednym kilknięciem linku do danej informacji prasowej do serwisów, Digg.com Digg.com, Slashdot i Del.icio.us pojawiają się rutynowo przy każdym komunikacie spółki.

Polskim odpowiednikiem Digg.com Digga jest Wykop.pl, największy tego typu serwis w polskim internecie. Jest też Gwar.pl uruchomiony wiosną tego roku przez Agorę.

Jednak świadomość tego, że można się promować w społecznościach internetowych, jest u nas wciąż niedostrzegana. - Polska prasa jeszcze nie docenia możliwości, jakie stwarza jej internet - uważa Urbanowicz. Jako przykłady udanych inwestycji spółek medialnych w serwisy Web 2.0 wymienia właśnie Gwar.pl czy serwis wiadomosci24.pl (Polskapresse ).

- Problem w tym, że większość decydentów w wydawnictwach albo w ogóle nie słyszała o istnieniu takich serwisów jak Wykop.pl czy Gwar.pl, albo nie rozumie, jak one działają i jak można je wykorzystać. "Po co to komu?" - pytał mnie niedawno jeden z wydawców - mówi szef Mediapolis .
13:57, tkwarcinski , ARTYKULY
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 18 grudnia 2006
AUTOR: Marta Strzelecka; 17.12.2006
ŹRÓDLO: www.gazetawyborcza.pl

Ewolucja internetowych pamiętników

W poniedziałek zostaną wręczone Weblog Awards 2006 - nagrody największego światowego konkursu blogów. Nominacje pokazują, jak w ciągu ostatniego roku zmieniły się internetowe dzienniki

Rodzajów blogów jest co najmniej tyle, ile półek w sklepach z prasą. Polityka, kultura, astrologia, pornografia i szydełkowanie. Blogują Alec Baldwin, David Mamet, Noam Chomsky, Krystyna Janda, Kazimiera Szczuka i Jerzy Bralczyk.

Według badań Agencji Edelman 16 proc. Polaków przynajmniej raz w tygodniu czyta blogi, a w Stanach Zjednoczonych, Francji i Wielkiej Brytanii - 25 proc. Większość z tych blogów to typowe pamiętniki. Na świecie - czego dowodem są tegoroczne nominacje do Weblog Awards - wśród najpopularniejszych autorów coraz więcej jest niezależnych dziennikarzy, ekspertów różnych dziedzin czy znanych intelektualistów. Blogi zaczynają istnieć w świecie tradycyjnych mediów i wydawnictw książkowych.

Na początku była informacja

Pierwsze strony, na których poza informacjami było miejsce na komentarze i linki, pojawiły się w internecie dziesięć lat temu. Zabawę na dobre zaczął informatyk James Garret. Zapisał ponad 20 ulubionych adresów www i przesłał je przyjacielowi. Lista krążyła między autorami, wydłużała się i prowokowała dyskusje. Zatem początek historii blogu to chęć wymiany informacji, nie - opisywania codzienności. W 1999 roku zaczęły się pojawiać pierwsze platformy umożliwiające zbudowanie własnej strony nawet komuś, kto nie ma pojęcia o komputerach - serwisy Pitas i Blogger. Można je porównać do pustych kartek zaprojektowanego graficznie kalendarza, na których blogger może zapisywać, co chce - swoją twórczość literacką, wspomnienia z dzieciństwa, felietony o polityce albo prognozy pogody. Ma też miejsce na linki do ulubionych stron i artykułów, które jego zdaniem warto przeczytać. Komunikuje się z autorami o podobnych zainteresowaniach.

W Polsce blogi zaczęły być popularne pięć lat temu. Pierwszym polskim serwisem umożliwiającym pisanie własnego dziennika był nlog.org, który zaczął działać w czerwcu 2000 roku.

W 2002 roku według Technorati, największej wyszukiwarki blogów, na świecie było ich 15 tys. Rok temu w każdej minucie powstawało 56 nowych. Dziś jest ich około 55 milionów.

Dorota Barańska, autorka blogu o kulturze japońskiej, zaczęła pisać dla znajomych. "Kiedy wyjechałam na stypendium do Japonii, zamiast wysyłać kilka podobnych maili do przyjaciół i rodziny, znalazłam sposób, jak kontaktować się ze wszystkimi jednocześnie. Okazało się, że moje wpisy interesują nie tylko najbliższych". Prawdopodobnie dlatego, że strona "Makura no soushi" nie jest typowym pamiętnikiem, a zbiorem dobrze napisanych tekstów o japońskich obyczajach, poezji i malarstwie. Fanów literatury łączy strona "Kumple" redagowana przez Pawła Dunina-Wąsowicza, Piotra Mareckiego i Jarosława Lipszyca. "Mamy stałą grupę odbiorców, 400-600 wejść dziennie - mówi Lipszyc. - Stworzyliśmy w internecie miejsce spotkań autorów i czytelników. Na naszej stronie toczy się literackie życie towarzyskie setek ludzi. Bez blogu byłoby to niemożliwe. W końcu łączy ich literatura, nie miejsce zamieszkania". Jarosław Lipszyc jest też jednym z autorów serwisu salon24.pl - forum, w którym publikuje ponad 20 polskich dziennikarzy. - Czasem kilka godzin pracuję nad tekstem, za który nie dostaję ani grosza. Ale wiem, że dobrze prowadzony blog daje dużo korzyści: buduje wizerunek jego twórcy i staje się platformą do wyrażania opinii, które nie mogłyby zaistnieć w tradycyjnych mediach. Mam bezpośredni kontakt z odbiorcami, nie stoi między nami żaden redaktor. Sam dbam o to, by czytelnik czuł, że jest traktowany serio. Szanuję autorów wpisów pod moimi tekstami, wchodzę z nimi w dyskusje. Wierzę, że dzięki temu poziom komentarzy na moim blogu jest wysoki.

Zarobić na blogu

Nie wszyscy bloggerzy dbają o jakość tekstów i przemyślane kontakty z czytelnikami. Od niedawna o pozycji takich autorów na rynku decydują wydawcy, czyli serwisy blogowe. Tomasz Bienias, jeden z twórców blox.pl: - Zaczęliśmy promować blogi tematyczne. Kiedy serwis powstawał, ponad dwa lata temu, w Polsce jeszcze takich nie było. Dominowały pamiętniki nastolatek, które pisały o swoich problemach. Ale czytaliśmy zagraniczne blogi profesjonalne i wiedzieliśmy, że wśród autorów pojawią się eksperci. Wiedzieliśmy też, że szanse na dużą popularność mają blogi dobre literacko, z ciekawymi tematami.

Dziś i jedne, i drugie są już w Polsce, choć świat wciąż nas wyprzedza. Tym razem nie jakością prywatnych stron, ale możliwością zarabiania na nich. Wśród nominowanych do Weblog Awards są autorzy, którzy rzucili pracę i zostali zawodowymi bloggerami.

Najbardziej popularny to Markos Moulitsas, twórca amerykańskiego "Daily Kos", 35-latek, absolwent filozofii, nauk politycznych i dziennikarstwa. Przy swoich wpisach zamieszcza reklamy, między innymi "New York Timesa" i sieci "Amazon". Fanom swojego dziennika sprzedaje kubki, koszulki i książki. W ciągu godziny jego stronę odwiedza 23 tys. czytelników, w ciągu dnia - 446 tys. Zdaje sobie sprawę, jaką ma siłę jako twórca opinii. Podkreśla: "Żadna organizacja nie płaci mi za pisanie". Nominowano go w kategorii najlepszy blog na świecie.

Bardziej ryzykowny sposób na zarabianie wybrał Jason Kottke - zdał się na dobrowolne dotacje, nie zamieszcza na swojej stronie reklam. Jego niezależność została doceniona. Nie pracuje już jako web-designer w firmie finansowej, dzięki wpływom od czytelników cały czas może poświęcić redagowaniu bloga. Odbiorcy chwalą go jako doskonałe źródło informacji o polityce amerykańskiej, internecie, rozrywce.

Pierwszym, któremu blog przyniósł duże pieniądze, był Chris Allbritton. W 2003 roku zaczął pisać blog o Iraku. Dziś jest korespondentem magazynu „Time”, wciąż prowadzi internetowy dziennik „back-to-iraq”, choć - jak sam przyznaje na swojej stronie - stracił niezależność. „Teraz na blogu raczej relacjonuję, niż zajmuję stanowisko. Opinie muszę publikować najpierw w »Timie «. W związku z tym wielu czytelników mnie opuściło”.

Coraz więcej polityki

Blogi w perskim i arabskim są dziś ważnym zjawiskiem w internecie. Dzięki anonimowości Irakijczycy i Irańczycy zaczęli pisać o sprawach, które nie mogły być dyskutowane w publicznych mediach. Bohaterem tej rewolucji jest Salam Pax, 32-letni mieszkaniec Bagdadu. Opisywał w swoim blogu dyktaturę Saddama Husajna i rozprawiał się z polityką Stanów Zjednoczonych w rejonie Zatoki Perskiej. Książki z jego internetowymi tekstami stały się wydarzeniem wydawniczym. W wywiadzie dla "Guardiana" tak oceniał swój sukces: "Mam doskonały sposób na to, by blog był popularny: ustaw się w miejscu, w którym może cię dosięgnąć bomba. To wszystkich zainteresuje, na pewno zauważysz to na liczniku odwiedzin twojej strony. Możliwe, że umrzesz, ale co tam - będziesz wśród najlepszych bloggerów na świecie". Od niedawna Pax jest również dziennikarzem "G2", dodatku do "Guardiana", ale wciąż wierzy, że internet daje najwięcej wolności: "Jestem z tych, którzy piszą na blogu rzeczy, jakich nigdy nie powiedzieliby znajomym. To mnie w blogowaniu najbardziej fascynuje. I to, że wciąż mam wrażenie anonimowości. Do dnia, w którym udzieliłem pierwszego wywiadu, nawet moja rodzina nie wiedziała, co robię. A kiedy opublikowano moją książkę, czytelnicy dzwonili do Atlantic Books, by zapytać, czy Pax istnieje".

Nie we wszystkich krajach jednak internet równa się wolność - w Iranie rozpoczął się w piątek proces Roozbeha Mirebrahimiego, Szahrama Rafizadeha, Omida Memariana i Jamada Gholama Tamimiego. Wszyscy czterej krytykowali w swoich blogach rząd. Zostali oskarżeni o "propagandę antypaństwową", "przyczynianie się do powstawania grup zagrażających bezpieczeństwu państwa" i "podburzanie opinii publicznej".

W Polsce blogi polityczne nie są jeszcze tak popularne jak na świecie (nominacje do Weblog Awards mają w tym roku szczegółowe kategorie: blogi liberalne, centrowe i demokratyczne). Jednak stali czytelnicy polskich stron wiedzą, że silny głos w tej dziedzinie ma Kataryna. Śledzi i komentuje wydarzenia, publikuje rozmowy znanych dziennikarzy i wytyka im błędy, zamieszcza linki do ważnych jej zdaniem tekstów. Tomasz Bienias: - Polska blogosfera zmieniła się przed ostatnimi wyborami prezydenckimi. Wtedy Kataryna zyskała dużą grupę fanów. Stała się poważnie traktowanym autorem. Niedawno udzieliła pierwszego wywiadu radiowego. Jest już źródłem informacji równie ważnym jak tradycyjne media.

Takich stron jest coraz więcej. Krzysztof Urbanowicz, wydawca, autor blogu Media Café: - Rano przeglądam prasę, a potem przez cały dzień około 40 blogów. Czytam je albo przeglądam do północy. Znam informacje, zanim z tych blogów przenikną do mediów. Wiem wcześniej.

Mija czas pamiętników. Bloggerzy chcą tworzyć strony, które mogą stać się książkami. Jak dzienniki Krystyny Jandy i Jacka Pałki. Sami autorzy przestają wierzyć w internetowy ekshibicjonizm. Maha, autorka blogu pisanego w Madrycie: "Nie opisuję, jak mi minął dzień, ani dlaczego się teraz nudzę i nie chce mi się pisać, chociaż piszę. Nie straszę, że się zabiję. Nie leją mi się łzy na klawiaturę, bo nikt mnie nie kocha. Zatem zamykam blog".
10:57, tkwarcinski , ARTYKULY
Link Dodaj komentarz »
        AUTOR: Agnieszka Skieterska; 01.08.2006
        ŹRÓDLO: www.gazetawyborcza.pl

Blogi o wojnie w Libanie: Tego nie pokazuje CNN

Ostatnia sobota w jednym z nocnych klubów w Bejrucie. Młodzi Libańczycy starają się nie pamiętać, że wokół toczy się wojna. Z resztą, jak sami podkreślają, Izraelczycy bombardują tę część stolicy, gdzie urzęduje Hezbollah

To, co blogerzy z Libanu, Izraela, Gazy czy Iraku widzą z okien, jest o wiele gorsze niż to, co pokazują nam telewizyjne kamery

„Powoli Liban zaczyna wyglądać jak biała karta. Południowe przedmieścia Bejrutu zostały obrócone w pył, ogarnia to miejsce pustka niosąca chorobliwy zapach śmierci” - pisze w internetowym dzienniku bloger Obywatel Libanu (lebanonheartblogs.blogspot.com), który opisuje swój kraj bombardowany przez Izrael.

Po drugiej stronie konfliktu, w niszczonej rakietami Hezbollahu izraelskiej Hajfie, 15-letnia Galya Daube umieściła w internecie film (snipurl.com/Galya), na którym nagrała moment alarmu rakietowego.

Pierwszy kadr: nie widać twarzy, słychać jedynie dźwięk syren. Dziewczynka błyskawicznie zbiega po schodach, mija jadalnię, biegnie przez ogród do drugiego budynku, tu w piwnicy chroni się z rodziną.

Inny mieszkaniec Hajfy, 24-letni bloger Elaad Yari, ma nietypową rozrywkę: sprawdza, ile w czasie alarmu bombowego zajmuje mu zbiegnięcie po schodach do schronu w piwnicy jego bloku. Najlepszy wynik - 45 sekund. - Niezły wynik - kwituje na koniec chłopak.

Każdy z tych kilkunastosekundowych filmów umieszczonych w serwisie YouTube.com obejrzało już po kilka tysięcy osób.

Zwykłe, okrutne życie

Niektórzy multimedialni kronikarze wojny epatują okrucieństwem. "Tego nie pokazuje CNN" - pisze autor jednego z blogów. Faktycznie, drastycznych zdjęć przedstawiających np. ofiary wojny telewizje i gazety najczęściej nie publikują. Inni autorzy wolą pokazywać codzienne życie w zniszczonych bombami miastach.

24-letni Libańczyk o pseudonimie Finkployd, autor dziennika bloggingbeirut.com , umieścił tam krótki film z nocnego objazdu po wyludnionym Bejrucie. W ostatnią niedzielę wsiadł w samochód i ruszył powoli słuchając wolnej francuskiej piosenki. Centrum Bejrutu było puste i ciemne. Kilkunastosekundowy film, w którym słychać tylko muzykę i odgłosy samochodu, przygnębia nie mniej niż zdjęcia zbombardowanych domów.

Blog Finkployda zaczyna się złowrogą, codziennie aktualizowaną statystyką: liczbą ofiar wojny Izraela z Hezbollahem, z podziałem na Libańczyków, Izraelczyków i inne narodowości. Jest też przybliżona liczba wystrzelonych przez obie strony rakiet i zrzuconych bomb. W ostatnim wpisie Finkployd pisze: "Wczoraj w czasie izraelskiego bombardowania straciłem przyjaciela, mieszkał na jednym ze zwykłych cywilnych osiedli w Bejrucie. To morderstwo z zimną krwią".

Finkployd zaprasza do tworzenia blogu innych internautów. 20-letnia Evergreen w nakręconym przez siebie filmie mówi: "Jesteśmy na Monot, ulicy klubów, gdzie normalnie ciężko się poruszać z powodu tłumu elegancko ubranych kobiet i mężczyzn. Za moimi plecami jest słynny Crystal, gdzie butelka szampana kosztuje 3 tys. dol. Dziś w niedzielną letnią noc nie ma tu nikogo. To nieprawdopodobne".

Ale dziennik Finkployda pokazuje też inne oblicze miasta, np. nocną imprezę w Club Social, gdzie bawią się dziennikarze, którzy z całego świata zjechali do Bejrutu, by relacjonować wojnę. Albo śluby, na które dwie młode pary zdecydowały się mimo trwających bombardowań, puste półki w supermarkecie, z którego ludzie wykupili całą żywność, czy fotografie opustoszałego libańskiego wybrzeża skażonego wielką plamą ropy, która wypłynęła ze zniszczonej rafinerii.

Odwiedź blogi

W sieci istnieje co najmniej kilkadziesiąt ciekawych blogów opisujących konflikt libański z perspektywy Izraelczyka i Libańczyka. Oto kilka z nich:

Lebanon heart blogs

Blog in Beirut

Allison Kaplansommer

Beirut Spring

Urshalim

Naśladowcy Salama

Internetowe dzienniki często zioną nienawiścią. Libańscy blogerzy mają pretensje do Izraela, który niszcząc kryjówki islamistów, rujnuje też ich kraj i zabija setki cywilów. Izraelczycy nie zostawiają suchej nitki na islamskim Hezbollahu i Hamasie za to, że wysyłają w kierunku ich domów zabójcze rakiety.

Autorzy blogów, w większości anonimowi, nie muszą jednak silić się na obiektywizm. Czytelników przyciąga do nich unikalność pokazywanych materiałów oraz możliwość ich komentowania i dyskutowania z autorami blogów.

O tym, jak dużą popularność może zyskać autor ciekawego bloga, przekonał się 31-letni Irakijczyk o pseudonimie Salam Pax. Architekt z Bagdadu naprawdę nazywa się Salam al Janabi i jest autorem pierwszego słynnego wojennego dziennika internetowego. Swe zapiski zaczął umieszczać w sieci (dear_raed.blogspot.com ) w 2003 r. w czasie wojny w Iraku.

Pisanym po angielsku dziennikiem szybko zainteresowały się media na Zachodzie. Historię Salama, który zarabiał jako tłumacz zachodnich dziennikarzy, opisały najpoważniejsze światowe media. Wybrane fragmenty jego internetowego dziennika ukazały się w formie książki pod tytułem "Blog bagdadzki", a Salam został współpracownikiem brytyjskiego dziennika "The Guardian".

Dziś Salam prowadzi nowy blog justzipit.blogspot.com .

07:34, tkwarcinski , ARTYKULY
Link Dodaj komentarz »
piątek, 08 grudnia 2006

    AUTORZY: AMIRA EL AHL, RÜDIGER FALKSOHN, UWE KLUSSMANN, JÜRGEN                     KREMB, ANDREAS LORENZ
    ŹRÓDLO: kiosk.onet.pl; na podstawie: "Spiegel" - 07.12.2006

Buntownicy w sieci

Wywrotowe blogi

Ogromna liczba krytycznych blogów internetowych daje się we znaki autorytarnym państwom, takim jak Chiny, Iran czy Egipt. Te mnożące się co sekundę internetowe dzienniki informują opinię publiczną o przemilczanych przez władze wydarzeniach.

Jest już dobrze po północy, gdy u dwudziestodwuletniego Abd al Karima Nabila Suleimana zjawiają się nieproszeni goście. Drzwi do jego mieszkania niemal wylatują z zawiasów, do środka wpada oddział egipskiej policji bezpieczeństwa i aresztuje zaspanego mężczyznę.

Suleiman nie jest ani groźnym przestępcą, ani terrorystą. Studiował nawet na słynnym uniwersytecie Azhar w Kairze, największej na świecie szkole koranicznej. Jednak w internecie pod pseudonimem Kareem Amer regularnie wytacza ciężką artylerię, prowadzi własny blog i grzmi przeciwko politykom i imamom. Suleiman jest bloggerem, na dodatek politycznym, a to nie tylko w Egipcie może źle się skończyć.

Problemy z władzami ma od ponad roku. Na swojej stronie w nieumiarkowany sposób wyraził się o religijnych zamieszkach w swojej rodzinnej Aleksandrii. W marcu wyleciał z uniwersytetu z powodu rzekomych antyislamskich wypowiedzi, od 6 listopada siedzi w więzieniu. Może spędzić za kratkami nawet pięć lat, bo lista wysuniętych przeciwko niemu zarzutów jest równie długa, co ciężka: obraził prezydenta Hosni Mubaraka, uprawiał propagandę antyislamską, podżegał do obalenia rządu, zagraża narodowemu bezpieczeństwu i zaszkodził wizerunkowi Egiptu. To jasny przypadek zdrady kraju w internecie.

Jego przyjaciele blogerzy rozpoczęli już akcję solidarnościową. Na portalu wideo YouTube można wklikać się w krótki film o nim, a na stronie www.freekarem.org podpisać petycję.

Sprawa Karima rzuca ostre światło na nową formę oporu: na stale rosnącą krytykę online pod adresem pozornie wszechmocnych reżimów i moralnych instancji, na to osobliwe crescendo z internetu, które podobne jest do błyskawicznie wzmacnianego szumu, wielogłosowego i dlatego niezgodnego, ale tam, gdzie splatają się interesy autorów, mocnego i wpływowego.

W zasadzie blogi są zaledwie "dość częstymi i uporządkowanymi chronologicznie publikacjami osobistych przemyśleń, wzbogaconymi o linki do innych stron internetowych" – wyjaśnia holenderski teoretyk internetu Geert Lovink. Ale w wielu rejonach świata rozwijają całkiem odmienne emancypacyjne właściwości. Przenoszą wiedzę na tematy tabu oraz zakazane poglądy w doliny nieświadomych, łączą i zachęcają pojedynczych bojowników, są medium rebelii. Dlatego w wielu krajach rządzący tak bardzo obawiają się blogerów i nastają na ich życie i zdrowie.

Blogi zaliczają się właściwie do "rozmytych mediów". Po raz pierwszy pojawiły się w połowie lat dziewięćdziesiątych i mnożyły się wybuchowo. Obecnie co sekundę otwierany jest nowych dziennik w internecie, a ich liczba podwaja się co pięć miesięcy. 41 procent ukazuje się po japońsku, 28 procent po angielsku i 14 procent po chińsku. (…)

Blogerzy atakują oficjalną wykładnię wydarzeń przede wszystkim w Chinach, w świecie arabskim, w Azji południowo-wschodniej oraz w byłych republikach radzieckich. Każda wiadomość, każdy reportaż lub program telewizyjny może być przez nich wzięty pod lupę. Nie są oceniane przez wariatów czy przemądrzałych ignorantów, lecz również przez znających się na rzeczy ludzi, którzy tą drogą łączą swoje kompetencje.

Dlatego wielu blogerów uważa internet za pierwszą prawdziwie demokratyczną platformę, która zapewnia znacznie większe wypływy niż zwykły krzyżyk na karcie do głosowania. Każdą myśl, każdy krytyczny impuls można powielić bez zbytniego wysiłku czy kosztów i znaleźć zwolenników wszędzie tam, gdzie stoi komputer.

Blogerzy mogą reagować błyskawicznie. Tak jak niedawno w Kairze, gdzie pod koniec ramadanu doszło do osobliwego polowania. Setki mężczyzn biegały po centrum i napastowały kobiety – nieważne, młode czy stare, zakwefione lub nie, samotne bądź w towarzystwie. Obmacywali ofiary, niektórym napalony tłum zrywał nawet sukienki.

Policja przyglądała się bezczynnie, natomiast blogerzy robili zdjęcia i natychmiast wstawili je do internetu. Gazety zajęły się skandalem dopiero po pięciu dniach, a niektóre państwowe dzienniki w ogóle nie podjęły tego tematu. Ministerstwo spraw wewnętrznych do dziś zaprzecza, że doszło do ekscesów, i nazywa blogerów kłamcami. Naczelny Sąd Administracyjny w Kairze udzielił poparcia rządowi zezwalając ostatnio na cenzurowanie internetowych stron.

W Egipcie łatwo jest utrzymać w ryzach około trzech tysięcy onlinowych opozycjonistów – to przecież znikoma liczba w porównaniu z około 70 tysiącami blogów, jakie ukazują się w Iranie w języku farsi i kryją w sobie niezrównanie większy potencjał, sprzyjający obaleniu rządu.

Młodzi perscy intelektualiści atakują w blogach sposób rozumienia przez kierownictwo państwa pojęcia demokracji oraz surowy kodeks moralny. "My jesteśmy Iranem" – twierdzi w swoim programie działająca w pozarządowej organizacji była docent i opozycjonistka Nasrin Alavi. Jej książka pod tym samym tytułem zamieszcza obszerne cytaty z wielogłosowego protestu.

"Atash3 wymyśla swojej ojczyźnie, dążącej do zdobycia broni atomowej od "chorego społeczeństwa, w którym łatwiej kupić narkotyki niż gumę do żucia." "Skąd wzięła się nasza dzisiejsza szowinistyczna kultura?" pyta z kolei "borderline". "Islam można pogodzić z demokracją – i podlega on wszystkim jej zobowiązaniom" uważa "ksajadi".

Autorytarne władze nie lubią takich słów. Szczególnie wtedy, gdy surfowanie i czatowanie w internecie przybrało już charakter nowej rewolucji kulturalnej, jak dzieje się to w Chinach. Jest w nich około 111 milionów regularnych użytkowników internetu i około 4 milionów blogerów. Choć niekiedy, jak wszędzie na świecie, kieruje nimi pycha lub tylko zwykła chęć rozpowszechniania informacji, to przecież ta odważna mniejszość z uporem sprawdza granice tolerancji. (…)

Zawodowy bloger Li Jian, wysiadujący przed komputerem w swoim mieszkaniu w portowym mieście Dalian na północnym wschodzie Chin, nazywa internet "największym prezentem, gdyż w społeczeństwie obywatelskim jednostki nie są poddanymi, lecz obywatelami."

Czterdziestotrzyletni Li stale walczy ze służbą bezpieczeństwa. Żyje z oszczędności i datków, jego żona pracuje w supermarkecie. Od dwóch lat opozycjonista rzuca wyzwanie partii komunistycznej swoimi (produkowanymi w USA) stronami internetowymi, których naczelne hasło brzmi "Chrońcie prawa obywatelskie". Poinformował na przykład o demonstracji w Dongzhou, podczas której milicja strzelała do tłumu. Zamieścił w sieci także zdjęcia z tej miejscowości. "Sam tam pojechałem, żeby zdobyć informacje" – mówi.

 Dlaczego jego stron nie zablokowano całkowicie, tak jak na przykład BBC? "W kierownictwie są ludzie, którzy chcą uzyskać informacje o tym, jak rzeczywiście wygląda sytuacja w kraju"  – przypuszcza Li. Z drugiej strony wie oczywiście, że "milicja w każdej chwili może zapukać do drzwi. Ale ja się nie boję, wiem, że ryzykuję".

30 tysięcy szpiclów działających w imieniu państwa nieprzerwanie tropi podejrzane treści na chińskich stronach internetowych. Ich podejrzliwość budzą nawet pozornie niewinne hasła, jak "proces ochrony środowiska" lub "synowie wysokiej rangi funkcjonariuszy".

Chen Hua, szef Wydziału Zarządzania Propagandą w Internecie co tydzień poucza administratorów stron o niepożądanych tematach. Blogi muszą "służyć narodowi" i socjalizmowi, nie mogą kolportować niepożądanych "informacji i komentarzy o polityce, gospodarce, armii, polityce zagranicznej i innych sprawach społecznych." Mimo to ich autorzy zawsze znajdą sposób, by poinformować o skandalach dotyczących środowiska naturalnego, o protestach obywatelskich i akcjach milicji.

Zagraniczne firmy współpracują jednak z Pekinem, by uniknąć kłopotów. Yahoo zakablowało co najmniej dwóch klientów, jednym z nich był dziennikarz Shi Tao, który opublikował tajny rozkaz dotyczący postawy mediów w związku z 15. rocznicą masakry na placu Tienanmen w Pekinie. Shi został potem skazany za zdradę tajemnicy państwowej na dziesięć lat więzienia.

Pekin rozważa obecnie wprowadzenie obowiązku rejestrowania się obywateli pod swoim prawdziwym nazwiskiem. Ale nawet w surowo kierowanych Chinach trudno będzie zapewnić przestrzeganie tego przepisu, a w międzynarodowej sieci byłaby to całkowicie pozbawiona perspektyw próba wciśnięcia niezależnego dżina z powrotem do butelki.

W sąsiedniej Rosji tylko około pięciu procent obywateli ma obecnie dostęp do internetu. Na blogi wchodzi regularnie niespełna jeden procent. Są to przede wszystkim surferzy poniżej 35. roku życia, z prowincji, gdzie mediami sterują gubernatorzy lub szemrani biznesmeni. Mimo to ich fora są obserwowane, gdyż cieszą się one wyraźną popularnością – są alternatywą dla nudnej państwowej telewizji, nadającej mieszankę informacji dworskich i trywialnej rozrywki, którą nawet minister obrony Siergiej Iwanow nazywa "debilną".

Rosjanie żarliwie dyskutują w internecie o narodowej tożsamości. Rosjanin – wywodzi na swoim blogu "Nokiaman" – "ma duszę pięć razy większą niż Amerykanin". Rozbrzmiewają jednak także ostrzejsze tony: nielegalni imigranci informują o "samowoli glin" i stawiają pod pręgierzem moskiewskich milicjantów podając ich nazwiska i stopnie. Na przykład wtedy, gdy domagają się łapówki podczas kontroli paszportów. "Gliny" kontratakują w swoich blogach. Dziennik milicjanta z metra ("Historie z podziemia") awansował nawet do rangi jednej z najpopularniejszych onlinowych oper mydlanych.

Młody milicjant Siergiej T. prezentuje na nim swoje codzienne kłopoty z pijanymi pasażerami, histerykami, bezradnymi imigrantami, uciążliwymi psami i chuliganami. Zakończył już pisanie bloga i ujawnił swój właściwy cel: "Może niektórzy z was zmienili zdanie o milicjantach. Jeśli tak, to wszystko nie było daremne".

Szczególnie trudno dokonać rozróżnienia między blogerami i blefującymi internautami, między działaczami i prowokatorami, zwłaszcza w policyjnych państwach Azji Środkowej. W Uzbekistanie bez obaw przed konsekwencjami jeszcze tylko pracownicy zagranicznych firm i organizacji pomocowych piszą blogi. Nic im się nie stało, gdy w maju 2005 roku poinformowali o masakrze dokonanej przez państwowe siły bezpieczeństwa w Andiszanie, w której zginęło około 700 osób. Miejscowi natomiast muszą liczyć się z represjami i więzieniem.

Jeszcze gorzej jest w sąsiednim pustynnym Turkmenistanie, gdzie dyktator Saparmurad Nijazow odpowiada terrorem na najmniejszy nawet przejaw opozycji. Tylko pozostali w tym kraju Rosjanie mają odwagę wyśmiewać w internecie "jedynego i nieodwołalnego" szefa państwa. (…)

Junta birmańska żąda rygorystycznie, aby każdy posiadacz komputera rejestrował się w Ministerstwie Poczty i Komunikacji. Jeśli tego nie zrobi, grozi mu 15 lat więzienia. Miesięczna opłata za korzystanie z internetu wynosi niespełna 40 dolarów, a to jest już niemal przeciętna płaca. Opłata za przyłączenie ­–1300 dolarów – jest praktycznie poza zasięgiem prywatnych osób. Dlatego blogerami są głównie dziennikarze, działający zwykle na terenie spokojniejszej Tajlandii, gdzie jednak takich jak oni władze traktują brutalnie.

Miejscowy dziennikarz Amant Jongyoting na swoim blogu pisał co i rusz o układach między politykami i baronami narkotykowymi. Niezidentyfikowani osobnicy wpakowali mu cztery kule. Amnat przeżył, ale teraz opuszcza swoje biuro w Chiang Mai tylko w kamizelce kuloodpornej.

Na jego biurku leży pistolet kaliber 38. Śmierć – mówi Amnat z namysłem – "ciągle jeszcze pozostaje ostateczną formą cenzury".
niedziela, 26 listopada 2006

AUTOR: Mariusz Czubaj, Mirosław Filiciak; 15.08.2006
ŹRÓDLO: "Polityka" 20/2006 .

Bloguję, więc jestem

Podobno co sekundę na świecie powstaje nowy blog. Liczba polskich aktualizowanych witryn internetowych, które mają formę pamiętników, czyli blogów, dobiła do dwóch milionów. I wciąż rośnie. Ludzie dziś mniej czytają, ale coraz więcej piszą. Głównie o sobie.

Chyba żadna inna forma komunikacji w Internecie nie zrobiła tak błyskawicznej kariery. Jak informuje Technorati (które dla blogów jest tym, czym dla stron www wyszukiwarka Google) – liczba katalogowanych dzienników sieciowych przekracza 37 mln. Zdumiewa dynamika zjawiska: blogosfera jest dziś ponad 60-krotnie większa niż zaledwie trzy lata temu. Statystyki pokazują też, że 55 proc. blogów jest wciąż prowadzonych trzy miesiące po ich założeniu, a każdy dzień przynosi około 1,2 mln nowych wpisów.

W Polsce pierwszym serwisem blogowym był nlog.org, który zaczął działać w czerwcu 2000 r. (dziś po przerwie działa znów). Nasz kraj pierwszy blogowy boom przeżył w latach 2001–2002, ale jak się okazuje, nie była to przelotna moda. Zawrotna dziś liczba 2 mln internetowych pamiętników pisanych przez naszych rodaków może robić wrażenie, zwłaszcza gdy porówna się ją z formami tradycyjnego kontaktu ze słowem pisanym, w tym zwłaszcza czytaniem książek (badania prowadzone przez Instytut Czytelnictwa przy Bibliotece Narodowej niezmiennie od lat pokazują, że ok. 40 proc. dorosłych Polaków w ogóle nie czyta).

Spinacz towarzyski

Polski bloger to osoba między 16 a 30 rokiem życia, student, przedstawiciel wolnego zawodu, licealista. Nie odbiega tym samym od ogólnej charakterystyki sieciowych pamiętnikarzy na świecie. Ciekawsza jest geografia miejsc, gdzie blogi są umieszczane. Więcej niż połowa elektronicznych dzienników przypada na serwis blog.onet.pl, blog.tenbit.pl gromadzi ich prawie 300 tys., 200 tys. przekracza mylog.pl. Na inne serwisy – takie jak Blog.pl, Blox.pl czy bloog.pl – przypada już znacznie mniej, ale to one właśnie uważane są za poważniejszą część blogosfery.

W często przywoływanym stwierdzeniu: „Pokaż mi, gdzie masz bloga, a powiem ci, kim jesteś” jest sporo racji. Na najbardziej obleganych serwisach – skierowanych głównie do młodszych blogowiczów – normą jest, że jedna osoba prowadzi kilka czy kilkanaście blogów, a rekordziści dochodzą do kilkudziesięciu. Jakość takich produktów jest taka jak w przypadku bloga dwóch 13-latek: Toli Szlagowskiej i Alicji Boratyn, uporczywie lansowanych na nowe gwiazdy pop-estrady przez „Bravo” czy „Popcorn”. Duet ten – o nazwie Blog 27 – prowadzi elektroniczny dzienniczek, wypełniony wpisami, jak ten z 25 kwietnia: „CZEŚĆ!!! TU TOLA:) Przez ostatni tydzień miałam grypę żołądkową, dlatego nie dawałam ostatnimi czasy znaków życia... żygałam nonstop” [pisownia oryginalna – red.]. Pod tym krótkim tekstem z życia wziętym jest prawie półtora tysiąca komentarzy, w tym takie, jaki pozostawiła Dagmarka: „buziaczki ja też miałam ostatnio grypę żołądkową wymiotowałam 20 razy okropne!!!”.

Choć więc pod względem rozmiarów polska blogosfera przedstawia się imponująco, to stopień jej dojrzałości wciąż pozostaje relatywnie niski. Polskie blogi to najczęściej dzienniki pisane dla wąskiej grupy znajomych (i służące jej poszerzaniu, dzięki umieszczaniu linków do kolejnych blogów – im więcej takich odniesień, tym bardziej „wpływowy” jest blog). Pod tym względem badacze mediów porównują blogi do serwisów należących do grupy social networking (popularnymi przykładami polskimi są Grono.net lub Spinacz.pl), gdzie wokół własnej osoby tworzymy łańcuszek elektronicznych znajomych.

Ekskribicjonizm

W przypadku bloga chodzi jednak o coś więcej niż tylko możliwość kontaktu z innymi, podnoszenie pozycji towarzyskiej czy traktowanie wspólnoty internetowej jako terapeutycznej grupy wsparcia.

Blog to przede wszystkim ślad egzystencji. Badacze kultury skłonni są mówić, że blogi przypominją obsesję portretowania się, którą byli owładnięci ludzie Zachodu pod koniec średniowiecza. Skłonność tę tłumaczono potrzebami wyróżniania się i indywidualizacji kręgów społeczeństwa kupieckiego. Blogi zdają się i dziś wyrażać podobną pokusę. Jeśli dzisiejsze czasy – jak w opisie klasyka socjologii Zygmunta Baumana – wyróżniają się „bezprecedensową płynnością, kruchością i przyrodzoną przejściowością”, to dziwić nie powinna chęć zatrzymania się na chwilę w tym pędzie, by coś od siebie powiedzieć. Najczęściej niestety: by powiedzieć cokolwiek.

Ta pokusa, tak typowa dla pamiętnikarstwa internetowego, już dość dawno została ochrzczona przez szwedzką blogerkę Erin Venemę ekskribicjonizmem (od ekshibicjonizmu i łacińskiego scribere – pisać). Jeszcze inaczej o zjawisku tym mówi Bary Wellman – kierujący kanadyjskim NetLab, ośrodkiem zajmującym się społecznymi skutkami nowych mediów – gdy pisze o „sieciowym indywidualizmie”, pozwalającym tworzyć na nowo swój autoportret i tożsamość dzięki Internetowi.

Ów ekskribicjonistyczny pęd nie byłby możliwy bez sprzężenia z techniką. Choć początki umieszczania osobistych wpisów w sieci badacze Internetu datują na 1994 r., to przełom nastąpił pięć lat później – wraz z pojawieniem się serwisów pozwalających na stworzenie własnego dziennika sieciowego osobom pozbawionym jakiejkolwiek wiedzy informatycznej. To właśnie łatwość obsługi blogów (tekst i inne materiały wprowadza się za pośrednictwem prostego formularza), tworzonych najczęściej na podstawie udostępnianych wzorów, sprawiła, że ślad po sobie w Internecie zaczęły pozostawiać tysiące ludzi.

Lanserzy i hobbyści

Polskich blogerów można zaklasyfikować do cztrerech głównych grup. Największą stanowią rozmaitej maści lanserzy, dla których blog jest sposobem zdobywania i utwierdzania swego prestiżu w środowisku. Przykładem może być tu blog Kumple.blog.pl ukazujący się z podtytułem „Brukowiec literacki on-line”. Oto wypowiedź autorstwa Piotra Czerskiego, pisarza znanego czytelnikom z książki „Ojciec odchodzi”: „Skończyłem pisać książkę. obiecywałem sobie przez ostatnie miesiące, że kiedy skończę pisać książkę to w pierwszej kolejności urżnę się w sztok; to samo obiecywałem sobie zresztą kiedy pisałem pracę magisterską – i przy kilku innych okazjach. tak już jest, że człowiek musi mieć cel. to mniej więcej taka sytuacja, jak jedzenie tzw. wojskowej kanapki z wędliną – do pięciu kawałków chleba bierze się jeden plasterek i przesuwa się go po każdym kęsie; po posiłku plasterek jest rekwirowany. nie oznacza to oczywiście, że się nie urżnę – tyle, że nie będzie to miało żadnego związku z książką”. Wynurzeń pisarza o sobie samym – utrzymanych w podobnym tonie – oraz innych o nim jest zresztą o wiele więcej. To zarazem próbka (dość modelowa) blogowego śladu egzystencji.

Odmiana druga – również obfita – to hobbyści. Ta grupa jest też szczególnie licznie reprezentowana w światowej populacji blogerów, nic dziwnego więc, że blogiem najpopularnjeszym – według Technorati – na świecie jest dziennik poświęcony wynalazkom typu reflektor wykonany z odkurzacza i innym cudom techniki.

W Polsce swoje blogi prowadzą między innymi znawcy militariów, fani pozaziemskich cywilizacji i kręgów zbożowych, miłośnicy zwierząt i zwolennicy medycyny niekonwencjonalnej. Fascynacje fanów wykorzystują także specjaliści od marketingu. Tak na przykład w przededniu kolejnej piłkarskiej gorączki Adidas zorganizował wraz z portalem Onet.pl konkurs na blog o piłce nożnej. Efektem było ponad 1,5 tys. elektronicznych pamiętników piłkarskich. W tej grupie trafiają się jednak zapiski nietypowe, wykraczające poza hobbystyczne zwierzenia. I tak na przykład Sixthsens.blogsport.com – blog prowadzony przez Krzysztofa Sankiewicza – tylko na pozór dotyczy kanadyjskiej drużyny hokejowej Ottawa Senators. W gruncie rzeczy jest to dziennik. Nie brakuje tu wypowiedzi osobistych, jakkolwiek inspirowanych wydarzeniami w ulubionym klubie: „Porażka boli, przykro jednak jest, gdy chłopak niemal w moim wieku traci matkę. Pat Redden zmarła, nie wygrała walki z rakiem. Miała zaledwie 57 lat. Moja matka jest nieco młodsza, nie wyobrażam sobie jednak sytuacji, że już teraz miałaby odejść”.
12:29, tkwarcinski , ARTYKULY
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5